|
Aby powiększyć
proszę kliknąć na miniaturę
Z
Brindisi nad płonącą Warszawą
Zapis dźwiękowy rozmowy -
Część
1 / Część 2
Rozmowa z
włodzimierzem bernhardtem
pilotem dywizjonu 300

ADOLF
MYĆ (1) – Powstanie Warszawskie 1944 roku doczekało się już
w naszej powojennej historii wielu monografii i opracowań. Owiane
mitem bohaterskości i legendą, pozostanie głęboko w pamięci nie tylko
tych je przeżyli, ale i tych, którzy o tym dramacie dowiadują się z
lektury i bezpośrednich przekazów żyjących jeszcze uczestników. Każda
próba relacji tych zdarzeń przyjmowana jest z wielkim szacunkiem i
ciekawością chociażby dla tego, że przecież nie wszystko jeszcze
wyjaśniono. Moja rozmowa z Panem jest niepowtarzalną szansą dania
świadectwa heroizmowi polskich lotników, którzy przylatywali nad
walczącą Warszawę, aby pomóc tym, którzy bronili barykad. Swoje
pamiętniki przekazał Pan nieżyjącemu już Melchiorowi Wańkowiczowi,
który tak oto napisał (2) o Panu „Tropiąc ślady pomocy
lotniczej Warszawie w Los Angelos znalazłem lotnika o losach potrójnie
ciekawych, loty nad Warszawą, strącenie, walka w AK, objęcie z
mianowania jako Kanadyjczyk komendy nad transportem ewakuowanych
jeńców alianckich ...Ofiarował mi swój pamiętnik, z którego upoważnił
mnie robić jaki zechcę użytek...” Tak też się stało, w wydanym
później pierwszym tomie trylogii amerykańskiej pt. „Atlantyk –
Pacyfik” Melchior Wańkowicz na podstawie pańskiego pamiętnika
przytacza historię ówczesnych zmagań powietrznych z hitlerowcami. Jak
wiem były to relacje jedynie o panu i pańskich kolegach u nas w kraju,
bo mieszka Pan przecież w Kalifornii.
Ja natomiast mam przyjemność rozmawiać
dzisiaj z Panem tutaj w Warszawie, w 42 rocznicę Powstania. Rozmowie
naszej towarzyszy Pana stryjeczny brat Maciej Bernhardt, którego losy
dziwnym zbiegiem okoliczności krzyżowały się z pańskimi, chociaż po
wrześniu 1939 do końca wojny nie spotkaliście się.
Czy przyjazd w 1938 roku do Polski z
Belgii związany był z koniecznością odbycia służby wojskowej?
Włodzimierz Bernhardt – Mój ojciec przez
długie lata przebywał z całą rodziną w Belgii, a to dla tego, że jako
profesor był wykładowcą na uniwersytecie w Liège. Z chwilą ukończenia
leodyjskiej szkoły średniej i uzyskania matury istotnie przyjechałem
do kraju, aby odbyć służbę wojskową i wstąpiłem do szkoły podchorążych
rezerwy piechoty, po skończeniu której otrzymałem przydział do
jednego z liniowych pułków. Czas wypełniony ciągłym szkoleniem upływał
szybko. Moją służbę odbywałem przecież w okresie, kiedy nad Europą
zbierały się czarne chmury hitlerowskiej ekspansji. Po przyłączeniu do
Rzeszy Austrii i Czechosłowacji przyszła kolej na Polskę. Kampania
wrześniowa skończyła się dla mnie po bitwie pod Kockiem, po której
otrzymaliśmy rozkaz demobilizacji. Ponieważ umowa kapitulacyjna nie
przewidywała zwolnienia do domów podchorążych, nie mówiąc już o
wyższych oficerach, zdecydowałem, że nie pójdę do niewoli. Udało mi
się w nocy dotrzeć do pobliskiej wsi, w której za sorty mundurowe
otrzymałem cywilne ubranie i po dwóch dniach wróciłem do Warszawy.
Okupacyjne rygory zmusiły ludność stolicy do nowego organizowania
swojego życia tak, aby przede wszystkim zapewnić egzystencję swej
rodzinie i bliskim. W drugiej połowie listopada do Warszawy wróciły
wszystkie ambasady i konsulaty, aby dokończyć likwidację swoich
placówek. Niemcy udzielili bardzo krótkiego terminu na ewakuowanie
tychże placówek. Wspominam o tym dla tego, że fakt ten miał dla mnie
losowe znaczenie. Otóż pewnego dnia do domu mojej ciotki przyszedł
portier z konsulatu belgijskiego z prośbą abym jak najszybciej
skontaktował się z konsulem. Nie czekając ani chwili pobiegłem do
konsulatu i cóż się okazało? Otóż mój ojciec postanowił przez MSZ
belgijskie odszukać mnie tutaj w okupowanej Polsce. Dla tego też po
krótkiej rozmowie z konsulem, sprawdzeniu personaliów, otrzymałem
paszport belgijski i drugiego, czy trzeciego dnia wyruszyłem w drogę
do Brukseli międzynarodowym pociągiem. Ponieważ nie było to połączenie
bezpośrednie, zmuszony byłem zatrzymać się w hotelu berlińskim przy
Unter den Linden i następnego dnia dojechałem do neutralnej jeszcze
Belgii.
Po przyjeździe zdecydowałem się wstąpić
na ochotnika do organizującej się armii polskiej we Francji. Z
zamiarem tym zgłosiłem się do konsulatu polskiego w Brukseli i już za
tydzień znalazłem się w grupie Polaków, którzy w zorganizowanym
transporcie wyjeżdżali na długą tułaczkę po świecie. Serdecznie
nastawieni do nas Belgowie zorganizowali uroczyste pożegnanie. Nie
obyło się ono bez przemówienia mera, który przy dźwiękach policyjnej
orkiestry, grającej hymn polski, życzył nam zwycięstwa i wolnej
ojczyzny. To pompatyczne pożegnanie dostarczyło wiele emocji i
wzruszeń zarówno wyjeżdżającym jak i żegnającym. Dla mnie było
zapowiedzią uczestnictwa w drugiej już kampanii wojennej, oby tylko
szczęśliwej, myślałem.
Celem naszej podróży okazał się obóz
Coetguidan, gdzie ku mojemu zdziwieniu nie stacjonowała stutysięczna
armia. Otrzymałem 15551 numer ewidencyjny i przydzielono mnie do 3
pułku pierwszej dywizji grenadierów. Przygotowania do uzyskania
gotowości i sprawności bojowej wypełniły nam najbliższe tygodnie.
Niestety, wojna obronna Francuzów nie potwierdziła naszych oczekiwań,
a kapitulacja tak potężnej armii była również niemałym zaskoczeniem
dla oficerów i szeregowców znad Sekwany. Ja natomiast z pełną goryczą
słuchałem już po raz drugi rozkazu o demobilizacji. Chętnym
szeregowcom, przede wszystkim zaś, oficerom i podoficerom, polecono
kierować się do wyznaczonych portów, skąd ewakuować mieliśmy się do
Anglii. Mnie udało się zaokrętować na ostatni już frachtowiec w porcie
La Rochelle.
Pobyt w Anglii
Oznaczał dla Pana kolejny, już trzeci
etap w tej wojnie, interesuje mnie natomiast, jak to się stało, że z
piechociarza został Pan lotnikiem?
W Anglii przydzielono mnie, zgodnie z
moim wyszkoleniem, do piechoty. Jednakże z chwilą. kiedy dowiedziałem
się o formowaniu polskiego lotnictwa, postanowiłem starać się o
przyjęcie do szkoły lotniczej. Decyzji tej nie podejmowałem w każdym
bądź razie pod wpływem jakichkolwiek emocji. Dla mnie oznaczała ona
realizację młodzieńczych marzeń i zainteresowań – być żołnierzem –
pilotem. Po badaniach lekarskich i wstępnych egzaminach przyjęto mnie
na kurs lotniczy, bo tak właściwie należałoby to nazwać.
Po półtorarocznej nauce młodych pilotów
kierowano na tzw. nabijanie ręki. Polegało ono na tym, że każdy z nas
musiał przelatać około 300 godzin, doskonaląc swoje umiejętności.
Następnym etapem było szkolenie operacyjno-bojowe na dwusilnikowych
Wellingtonach. Stopień trudności tych lotów był już bardzo duży.
Lataliśmy i w dzień i w nocy, bez względu na pogodę, w trudnych
warunkach nawigacyjnych. Były to już długie wyprawy nad Kanał La
Manche lub Morze Północne, podczas których mogliśmy spotkać
nieprzyjacielskie myśliwce. Nasze grupowe loty były również
wykorzystywane do zmylania Niemców i obrony przeciwlotniczej. Po
prostu wylatywaliśmy nad wybrzeże francuskie i Niemcy ostrzegali się o
nadchodzących bombowcach organizując obronę, tymczasem niedaleko od
nas przelatywała autentyczna wyprawa. Z początku te fortele udawały
się, ale Niemcy nie byli głupi i bardzo szybko połapali się o co tutaj
chodzi. Nasze szkolenie kończyło się zgrupowaniem, na którym
dokonywaliśmy „zgrywania załóg”. Polegało to na tym, że była taka sama
liczba pilotów, nawigatorów, radiotelegrafistów i strzelców
pokładowych i sami między sobą musieliśmy dobrać się w załogi. Miało
to dość duże znaczenie, bowiem chodziło o to, aby załogi były ze sobą
zżyte, bez awersji czy uprzedzeń, i co najważniejsze, aby każdy mógł
wiedzieć, czego może oczekiwać od kolegi w trudnych sytuacjach
bojowych. Pamiętam, że był taki radiotelegrafista, z którym po kilku
lotach nie chciała latać żadna załoga. W końcu musiał zrezygnować i
został instruktorem. Na dobieraniu się załóg kończyło się nasze
szkolenie i kierowano nas całymi załogami do dywizjonów.
Dywizjony polskie miały zarezerwowaną
przez Anglików numerację od 300 do 325. Czy szansę tę wykorzystano do
końca?
Niestety nie. Ostatni i zarazem
najmłodszy dywizjon miał numer 318; nie stać nas było po prostu na
organizowanie nowych z powodu braku załóg. Jeżeli o tym mówimy, to
należy powiedzieć, że w ogóle nie istniał dywizjon 313. Ja zostałem
przydzielony do najstarszego dywizjonu, dywizjonu 300. Obecność
lotnictwa polskiego w Anglii zainaugurowano pierwszym lotem bojowym w
dniu 1 lipca 1940 r. Właśnie w dywizjonie 300. Praca w dywizjonach
była ciężka i wyczerpująca. Dywizjon 300 wyznaczony był tylko i
wyłącznie do lotów nocnych o charakterze strategicznym. Naszym
zadaniem było bombardowanie okręgów przemysłowych nieprzyjaciela.
Każda z załóg po 33 lotach zwolniona była z lotów na 6 miesięcy i
zajmowaliśmy się wówczas np. szkoleniem młodych załóg. Po tej
pierwszej kolejce lotów nikogo nie zmuszano do powrotu do dywizjonu.
Była to decyzja dobrowolna. Spyta Pan pewnie, dla czego 33, a nie 40?
Otóż według psychologów wojskowych była to górna granica wytrzymałości
nerwowej i psychicznej dla załóg bombowców. Loty trwały najczęściej od
7 do 8 godzin. Lotnicy w czasie wolnym przebywają w miarę normalnych
warunkach codziennego życia w odróżnieniu od np. liniowych jednostek
frontowych. Dla tego też lot nad terytorium przeciwnika łączył się
zawsze z dużym napięciem nerwowym.
Z początku lataliśmy na Wellingtonach, a
później na czterosilnikowych Lancasterach, ale było to już na
przełomie 1943/44. Nigdy też prawie nie zdarzało się, aby dywizjon
nasz spadał do jednej eskadry. Mówię – prawie, gdyż był taki okres, w
którym stan załóg spadł do jednej eskadry i nie było już załóg
rezerwowych. Ponieważ dywizjon nasz cieszył się bardzo dużym
szacunkiem wśród Anglików, postanowiono w dowód uznania przydzielić
nam eskadrę kanadyjską, która latała w naszych barwach. To wszystko
działo się na wiosnę 1944 roku.
Pamiętam jak w pewnym okresie wzrastało
napięcie na odprawach pilotów. Tego nie dało się ukryć, mieliśmy
podawane bardzo ścisłe kursy powrotu nad Kanałem La Manche. Wejście
nad Wyspy Brytyjskie odbywać się miało przez tzw. bramy; tylko załogi
z uszkodzonymi maszynami mogły lądować na najbliższych lotniskach.
Wszyscy odczuwaliśmy podniecenie i wiedzieliśmy, że szykuje się coś
poważnego, ale co, tego nikt nie mógł odgadnąć. Tymczasem życie
toczyło się swoim rytmem: w nocy lot w dzień odpoczynek i lot.
Wracaliśmy z wyprawy, zdaje się, nad
Monachium utrzymując według zaleceń wysokość i szybkość. I nagle nie
wierząc własnym oczom zobaczyliśmy setki maszyn lecących nad wybrzeże
francuskie. Z daleka było widać ciężko lecące transportowce i holowane
przez nie szybowce. Teraz wszystko stało się jasne, to był początek
tak długo oczekiwanej inwazji alianckiej.
Po tych radosnych dla nas wydarzeniach
lataliśmy jak zwykle w nocy i bombardowaliśmy obiekty przemysłowe. Raz
tylko się zdarzyło, że wykonaliśmy trzy loty dzienne dla wsparcia
wojsk Montgomery’ego, chyba pod Calais.
Pewnego dnia niespodziewanie wezwano nas
do dowódcy i oświadczono nam, że mamy się pakować i że część załóg
odchodzi z dywizjonu. O ile przed inwazją nie wiedzieliśmy
o co chodzi, podejrzewając jednak, że musi nastąpić coś ważnego, o
tyle po tym rozkazie po prostu zbaranieliśmy. Jak to możliwe,
rozpoczęła się inwazja, brak załóg do pełnego stanu, my musimy się
pakować? Żadne monity i prośby nie odnosiły skutku, rozkaz to rozkaz.
Zgrupowano nas na lotnisku, które służyło do zadań specjalnych, i
poddano szczepieniu. Pocztą pantoflową dowiedzieliśmy się, że mamy
opuścić Anglię i udać się do dywizjonu 301, tyle tylko, że było to
rozumowanie pozbawione jakiegokolwiek sensu, ponieważ tam panował
zupełny spokój. Być może są to przygotowania do większej operacji,
pomyślałem.
Wkrótce wszystkich nas wysłano samolotem
transportowym do Włoch. Wylądowaliśmy w Neapolu i drogą lądową
udaliśmy się do Brindisi, gdzie stacjonował właśnie dywizjon 301. Za
kilka dni otrzymaliśmy przydziały do poszczególnych eskadr i nie
licząc paru lotów nad Jugosławię i północne Włochy, tkwiliśmy w
oczekiwaniu, co będzie dalej.
Drugiego sierpnia 1944 roku, jak co
dzień, przyszedłem z oddalonych kwater do kasyna na lotnisku, tyle
tylko, że miny moich kolegów były niecodzienne, po prostu niezbyt
wesołe. O czym myśli w takich chwilach pilot? O tym, że może kogoś z
kolegów zestrzelono, albo ocalały z pogromu artylerii przeciwlotniczej
rozbił się tuż przed swoim lotniskiem. Pytam więc poruszony, co się
stało. Któryś z kolegów mówi, że wybuchło powstanie w Warszawie. Z
początku myślałem, że się przesłyszałem i w żaden sposób nie mogłem w
to uwierzyć, ale najbliższe komunikaty rozwiały moje wątpliwości.
Powstanie Warszawskie 1944 roku zrodziło
się z niezłomnej chęci walki z okupantem, zaś bezpośrednim jego celem
było wyzwolenie stolicy. Jak Pan i pańscy koledzy ocenialiście szanse
powstania?
Dyskusjom naszym nie było końca.
Wojskowi mają to do siebie, że myślą bez żadnych emocji, na zimno
oceniając szanse powodzenia każdej operacji. Podobnie i w tym
przypadku.. Front wschodni zatrzymał się przecież na Wiśle i dla nas
jasne było, że jest to koniec pierwszego etapu ofensywy radzieckiej.
Jeżeli w mieście, przez które przebiega linia frontu i zgrupowane są w
dużej liczbie wyborowe dywizje niemieckie, wybuchnie powstanie, to
jakie ono może mieć szanse? Ponadto wiedzieliśmy, że w celach
strategicznych drugiego frontu alianckiego Polska nie była brana w
najbliższym czasie w ogóle pod uwagę. Mimo wszystko, znając te realia,
nie chcieliśmy pomyśleć o tym, że ze strategiczny punktu widzenia
może to być przegrana. Wszyscy byliśmy ciekawi, kto mógł wydać taki
rozkaz. Niektórzy snując różne domysły twierdzili, że to stało się za
sprawą dywersji niemieckiej, której celem było zniszczenie Warszawy
jako symbolu ruchu oporu. Nasza determinacja brała się również i stąd,
że dowództwo alianckie nie robiło żadnych tajemnic z tego, iż nie jest
w stanie udzielić walczącym znaczącego wsparcia bojowego.
Niezależnie od naszych spekulacji,
zdawaliśmy sobie sprawę, że moralnie jesteśmy zobowiązani pomóc
Warszawie, pytanie tylko – jak? W dywizjonie zapanowało szczególne
poczucie jedności, jak nigdy dotąd. Walczy przecież nasza Warszawa.
Nasze marzenia o lotach nad Warszawę rozwiał jednak rozkaz dowódcy
lotnictwa w basenie Morza Śródziemnego, który zakazał takich lotów.
Nie wiem jak do tego doszło i za czyim przyzwoleniem, w każdym bądź
razie za parę dni mogliśmy rozpocząć pierwsze wyprawy na zupełnie
wariackich papierach. Dowództwo sprzymierzonych we Włoszech udawało,
że nic o tym nie wie, a myśmy latali. Zapowiedziano nam tylko, że na
wypadek śmierci lub trwałego kalectwa nie będą wypłacane żadne renty
ani odszkodowania. Dla nas były to wówczas drobiazgi i nikt o tym nie
myślał, chociaż w końcu na skutek interwencji rządu londyńskiego 8 czy
9 sierpnia RAF oficjalnie już firmował nasze loty.
Wyprawy były wielogodzinne i
wyczerpujące. Z każdego lotu nie wracało po kilka załóg. Wystarczy
powiedzieć, że zginęło około 140 osób wchodzących w skład 20 załóg.
Dla tego też do naszych wypraw dołączyły się inne załogi cudzoziemskie
ze stacjonujących eskadr specjalnych. Najofiarniej wykonywali swoje, a
w zasadzie nasze, zadanie piloci południowoafrykańscy. Do zrobienia
zrzutów podchodzili do granicy bezpieczeństwa i tym nas ujmowali. Inne
załogi dokonywały zrzutów trochę za wysoko, ale to zupełnie ludzkie i
nie można mieć o to pretensji. Dla nas wszyscy oni byli braćmi.
Udział w lotach nad Warszawą brał Pan
niejednokrotnie. Rzadko się zdarzało, aby któryś z kolegów przebył
bezkarnie trzy loty. Pan odbył ich kilka, ale był kolega, który
latał ze zrzutami aż 9 razy.
Tak byłem parę razy nad palącą się i
dymiąca Warszawą i Kampinosem. Lataliśmy wówczas na Wellingtonach i
Halifaxach. Te ostatnie były słabo uzbrojone i wyjątkowo mało
zwrotne. Do Polski lecieliśmy nad Jugosławią i Węgrami. Nad Warszawą
robiłem zrzuty na Plac Napoleona i na Plac Krasińskich, a nad
Kampinosem w okolicy wsi Wiersze i Zaborów Leśny.. Według relacji
mojego brata, były to wyznaczone dla nas miejsca zrzutów. Proszę sobie
wyobrazić, że tej nocy kiedy dokonywałem wraz z innymi załogami
zrzutów nad Puszczą Kampinoską, podejmował je właśnie obecny przy
naszej rozmowie mój brat stryjeczny. Dziwna zbieżność losu, ja w
górze, a on o siedem lat młodszy ode mnie jako powstaniec z Żoliborza
i Marymontu przyszedł z oddziałem po tak niezbędne zaopatrzenie w
amunicję, granatniki i lekarstwa.
Mój ostatni lot nad Warszawą był bardzo
dziwny od samego początku. Podczas odprawy dowódca dywizjonu
przydzielał zadania i nagle zadzwonił telefon. Jak się okazało
zachorował ciężko jeden z członków ekipy Leszka Owsianego. Dowódca
postawił krótkie pytanie: kto na ochotnika w zastępstwie? Poderwało
się kilku kolegów, zresztą wszyscy byli ochotnikami. Wybór padł jednak
na mnie. Tuż przed startem przy samolocie okazało się, że do załogi
przydzielono pilota i nawigatora nowej załogi na lot zapoznawczy, a ja
jestem ponad stan. Nie było czasu na wyjaśnienia, jak to się stało;
wystartowaliśmy. Za nami zostało lotnisko w Brindisi, później głęboki
zwrot i lecimy nad Jugosławią, mijamy Węgry i od wschodniej strony
Zakopanego wchodzimy na teren Polski. Mijamy oświetlone Zakopane,
które w jednym momencie pogrąża się w ciemnościach; zawiodła niemiecka
spostrzegawczość i system ostrzegania. Dla nas jest to wiadomość, że
jesteśmy tej nocy pierwszą załogą lecącą nad Warszawę. Zaraz potem
schodzimy lotem koszącym do wysokości 400, 500 stóp, to jest około 150
metrów. Na takiej wysokości będziemy już lecieć do samego celu. Daje
to nam gwarancję ucieczki przed artylerią przeciwlotniczą. Z lotniska
wystartowaliśmy o godzinie 19.30, a więc jeszcze za dnia, tymczasem
zamiast głębokiej nocy horyzont jakby rozjaśniał się i im dłużej
lecimy, tym bardziej zmienia swoje kolory, aż staje się zupełnie
czerwony, przykryty jakby brudnymi chmurami. Nie mamy żadnych
wątpliwości, to pali się Warszawa. Jest już północ, mijamy Wisłę i
przechodzimy na jej lewy brzeg biorąc kurs prosto na cel. Do Warszawy
jeszcze około 200 kilometrów, a załoga przygotowuje się już do
wykonania zadania. Napięcie rośnie, zrzut musi być precyzyjny. Tam
czekają przecież na naszą pomoc wykrwawiający się powstańcy. Mijamy
Warszawę bokiem i lecimy prosto nad Kampinos. Zaczyna rąbać do nas
niemiecka artyleria, uciekamy. Wszyscy wytężamy wzrok, tutaj musi być
gdzieś miejsce zrzutu. W końcu ktoś woła z załogi, że jest tam
istotnie, zapalają się ogniska. Schodzimy tak nisko, że w światłach
reflektorów nawigacyjnych rozpoznajemy liście drzew. Dajemy świetlny
sygnał rozpoznawczy, robimy zakręt, by zaraz wrócić i dokonać zrzutu.
Leszek Owsiany prowadzi maszynę bardzo dokładnie, nadchodzi na cel,
komenda, zwolnienie luków, wyrzucenie ręczne paczek i zadanie
wykonane, w końcu ulga. Gasimy światła i bierzemy kurs powrotny. Przed
Tarnowem nabieramy wysokości, aby przejść Tatry. Ja idę w głąb
kadłuba, siadam, żeby spokojnie zjeść kolację., za chwilę trzeba
będzie założyć maski tlenowe. W tej samej minucie pociski przeszywają
wnętrze samolotu. Widzę w kabinie jakieś zamieszanie, to moi koledzy
szykują się do skoku. Wypadki toczą się błyskawicznie. Idę do Leszka i
pytam jaka jest sytuacja, przecież silniki grają równo i to dodaje mi
trochę nadziei. Siadam za sterami drugiego pilota i staram się pomóc
opanować samolot, nic z tego. Zrozumiałem, że mamy zrąbane stery i
cała hydraulikę. Sytuacja była aż nadto jasna. Podaję Leszkowi
spadochron i skaczę. Kołysząc się na spadochronie widzę, jak nasz
samolot w śmiertelnym zakręcie kończy swój żywot. Taki był mój ostatni
lot nad Warszawą z 16 na 17 sierpnia.
Dalsze losy pana, jak pisał Melchior
Wańkowicz, związane były z walką partyzancką.
Tak, wylądowałem na drzewie i wisząc tak
zastanawiałem się jak zejść na dół. W końcu udało mi się rozhuśtać
pasy i dosięgnąć pnia. Zwolniłem pasy i zgramoliłem się na ziemię.
Usiadłem pod drzewem i usiłowałem zapalić papierosa, ale nie było to
łatwe. Ręce niezależnie od mojej woli wykonywały nie te ruchy. To
nerwy. W końcu postanowiłem oddalić się od tego miejsca, jednak wokół
słyszałem strzały i na horyzoncie zaczęły zawisać świetlne petardy. To
ostudziło moje chęci. Po jakimś czasie wyszedłem z lasu na polna
drogę. Nieopodal zabudowań wiejskich dostrzegłem idącego mężczyznę.
Szliśmy prosto na siebie, minęliśmy się, on obejrzał się za mną, a ja
za nim. Podszedłem i wytłumaczyłem, w jakiej jestem sytuacji, nie
miałem wyboru. Lasy, z których wyszedłem były pełne Niemców, a zbliżał
się już ranek. Spotkanie z nieznajomym okazało się dla mnie zbawienne.
Odprowadził mnie do znanego sobie gospodarstwa i kazał czekać.
Wkrótce przyszli partyzanci i zabrali mnie. Tak trafiłem, unikając
niewoli, do oddziału Meteora, skoczka, jednego z cichociemnych.
Oddział nasz przydzielony był do 16 pułku piechoty AK Tarnów. W
oddziale tym walczyłem do połowy października 1944 roku. Lekko
postrzelony zostałem ulokowany w jednym z zaprzyjaźnionych
gospodarstw. Byli to wspaniali ludzie, a ich dwunastoosobowa rodzina
była prawdziwą ostoją dla partyzantów. Gospodarz ten nazywa się
Franciszek Kapusta „Ze Dwora” – jak określa go miejscowa ludność. Chce
go zresztą teraz odwiedzić. (3) Tuz po moim zestrzeleniu wydano
rozkaz z RAF, aby zestrzelone załogi samolotów nie walczyły w
oddziałach partyzanckich, tylko ukrywały się, czekając na przerzut do
Anglii. Dla mnie oznaczało to koniec walk partyzanckich.
Chciałbym przy tej sposobności wspomnieć
i o tym, że podczas mojego pobytu w oddziale partyzanckim trafiłem na
gazetę krakowską. Czytając różne ogłoszenia spostrzegłem i takie
„Maciej Bernhardt poszukuje swojego ojca, matki i siostry”. Nie miałem
żadnych wątpliwości, to był mój brat stryjeczny. Udałem się pod
wskazany adres do Krakowa, ale gospodarze mieszkania zaparli się, że
nikogo takiego ma i nie znają mężczyzny o takim nazwisku. Nie przyjęli
też listu, który chciałem zostawić. Wróciłem do lasu i wysłałem
łącznika, aby zostawił list, ale i jemu się nie powiodło. Po wojnie
dopiero się dowiedziałem, że istotnie był tam i dal takie ogłoszenie.
Po powstaniu znalazł się w transporcie kolejowym i w obawie, że wiozą
ich do Oświęcimia, uciekł w pobliżu miejscowości Słomniki tuz koło
Karkowa. Znalazł chwilowe schronienie u rodziców swego kolegi. W
takich oto okolicznościach nasze losy dwukrotnie zbiegały się podczas
wojny w sposób zupełnie dziwny, jednak do końca wojny nie spotkaliśmy
się.
Aliancki komendant Krakowa
To brzmi dziwnie, ale posiada pan
przecież taką nominację, wydaną przez wojskowe władze radzieckie. Jak
do tego doszło?
Z
domu Franciszka Kapusty zabrano mnie na początku listopada, twierdząc,
że przygotowywany jest przerzut do Anglii. Nie chciałem w to uwierzyć.
Jako lotnik wiedziałem, że jest to niemożliwe. Jesienne deszcze
sprawiły, że ziemia była jedną gliniastą mazią i zaden samolot z
takiego podłoża by nie wystartował. Ale rozkaz to rozkaz. Przewieziono
mnie bryczką na wyznaczone miejsce. Okazało się że jest to większe
zgrupowanie załóg lotniczych i uciekinierów angielskich z obozów
jenieckich. Ja zamieszkałem w młynie u gospodarza, do którego często
przyjeżdżali Niemcy po żywność i wódkę. Warunki mieliśmy bardzo dobre.
Ludzie ci i ich sąsiedzi byli wypróbowanymi przyjacielami partyzantów.
Z początkiem grudnia przyszły silne mrozy i zaczęła się ostra, jak
pamiętam, zima. Tak upłynął grudzień i pierwsza połowa stycznia. 16
stycznia, w dzień moich imienin, wyzwoliły nas wojska radzieckie. W
dwa czy trzy dni później wyzwolono Kraków, byliśmy wolni. Odbyliśmy
długą naradę i postanowiliśmy udać się do Krakowa. Dojechaliśmy
okazyjnie radzieckimi ciężarówkami wojskowymi. Ja w Krakowanie
zgłosiłem się do YMCA, międzynarodowej Organizacji młodzieżowej.
Przedstawiłem się i przyjęto nas bardzo troskliwie. Następnego dnia
poradzono zgłosić się u radzieckiego komendanta wojskowego Krakowa;
tak też zrobiłem. Okazał się nim młody, przystojny oficer, dobrze
mówiący po polsku. Po konsultacjach ze swoimi przełożonymi mianował
mnie oficjalnie brytyjskim komendantem Krakowa. Do dzisiaj jeszcze
przechowuję to pisemne mianowanie. Wszystkie pomieszczenia YMCA
przeznaczono dla jeńców alianckich W miarę ich napływu udostępniono
nam również na kwatery hotel Polonia. Na stanowisku tym czułem się
nieswojo, a to dla tego, że nigdy nie byłem papierkowym oficerem.
Postanowiłem wyznaczyć na szefa tej zbieraniny i zarazem do
prowadzenia kancelarii jednego z brytyjskich podoficerów. Mój pomysł
okazał się genialny. Ja byłem zwolniony z tych zajęć, natomiast on z
angielską cierpliwością doskonale dawał sobie radę.
Ewidencja ocalałych jeńców musiała być
prowadzona w sposób wyjątkowo skrupulatny, gdyż wojska radzieckie
przesyłały te listy do brytyjskiej misji wojskowej w Moskwie do
sprawdzenia wiarygodności danych, tak aby wykluczyć osoby ewentualnie
podstawione. W końcu zorganizowano duży transport i pojechaliśmy w
kierunku Odessy. Po drodze we Lwowie dołączył do nas podobny transport
z Prus Książęcych, tyle tylko, że było ich więcej. Ponieważ byli tam
wyżsi rangą oficerowie, przekazałem im swoje dowództwo i tych
wszystkich, za których byłem odpowiedzialny. W Odessie przy dźwiękach
wojskowej orkiestry wsiadaliśmy na czekające na nas angielskie
frachtowce. Przed wejściem na trap jeszcze raz sprawdzano wszystkie
dane; to przecież normalne.
Jako oficer otrzymałem kajutę pierwszej
klasy i drugiego dnia rejsu uznałem za stosowne zgłosić się do
urzędujących oficerów brytyjskiej dwójki. Meldować im należało o
wszystkich swoich spostrzeżeniach, jak traktowali Niemcy jeńców w
niewoli, czy byliśmy świadkami zbrodni i temu podobne fakty.
Wszedłem, podałem nazwisko i swój numer ewidencyjny z dywizjonu, a
pan oficer spokojnie wstał i rzekł: wiemy kim pan jest i cieszymy się,
że jest pan cały i zdrowy. Tak się skończyła moja wizyta. Następne
były o wiele gorsze, ale miało to miejsce już w Anglii. Maglowano mnie
jeszcze raz w dwójce brytyjskiej, a później polskiej. Kiedy to
wszystko się skończyło zwróciłem się z prośbą o powrót do dywizjonu.
Dość szybko nawet dostałem rozkaz powrotu do dywizjonu 300, a więc
mego rodzimego. Powróciłem więc w końcu lutego do normalnej służby i
zacząłem latać jak dawniej nad broniących się jeszcze Niemców. Wojna
na szczęście zbliżała się ku końcowi, tak, że zdążyłem zrobić jeszcze
dwa loty bojowe. Pewnego dnia wystartowaliśmy w kilkanaście eskadr, a
w powietrzu dołączyły inne z sąsiednich lotnisk. Uzbierało się nas,
jak się później dowiedziałem, około 500 maszyn. Lecieliśmy na Bawarię,
po drodze natrafiliśmy na zaporę ogniowa pod Berchtesgaden. Ci którzy
powrócili, z podziwem oglądali swoje maszyny, najczęściej przypominały
dobre sito. Ale najważniejsze było, że w ogóle wróciliśmy. Wkrótce
okazało się, że był to mój ostatni lot w tej wojnie.
Rozmawiał Adolf Myć
[Przedruk z
Tygodnika Polskiego nr 32 (196) z dn. 10 sierpnia 1986 r]
Przepisał z tekstu gazety dn. 24
sierpnia 2003 Maciej Bernhardt
Uzupełnienie przepisywacza
Włodek nigdy nie
chciał chwalić się swymi odznaczeniami. Wiem, że ma ich wiele: m.in.
Virtuti Militari, Krzyż Walecznych, Croix de Guerre, odznaczenia
brytyjskie i Krzyż Powstania Warszawskiego, a także wiele innych
(niektóre kilkakrotnie), ale nie znam ich nazw i okoliczności nadania.
Włodek
ożenił się z uwolnioną z obozu jenieckiego łączniczką AK z Powstania
Warszawskiego. Wyjechali do USA i osiedli w Kalifornii. Ich syn zginął
tragicznie w wieku kilkunastu lat; córka, po uzyskaniu matury,
przyjechała do Polski, ukończyła biochemię na Uniwersytecie
Warszawskim, wyszła za mąż za chirurga z Centrum Zdrowia Dziecka
(mają czwórkę udanych dzieci),
uzyskała doktorat i po kilku latach pracy w swym zawodzie, pracuje
jako tłumacz na język angielski tekstów naukowych z zakresu biologii,
medycyny i dziedzin pokrewnych.

(1) Dziennikarz Tygodnika Polskiego
przeprowadzający wywiad
(2) Melchior Wańkowicz „Kosą po Polsce“.
Tygodnik Kultura (Warszawa) cz. I 20.09.1970, cz. II 27.09,1970
(3) odwiedziny te wkrótce nastąpiły;
brałem w nich udział; uroczystość była wzruszająca
|