|

----- Original Message -----
From: Tadeusz Sokolowski
tadeo_sokol@hotmail.com
To: narodowa@narodowa.pl
Sent: Monday, June 21, 2004 4:40 PM
Subject: Roraima
"R O R A I M A - Zaginiony
świat" - zdjęcia
Aby powiększyć
proszę kliknąć na miniaturę
Please click
on the photo to enlarge
W
ostatnich kilku dekadach współczesny świat nie tylko znacznie się
skurczył, ale też jakby spowszedniał w naszej świadomości. Nasza
wiedza o nim jest nieporównywalnie większa, aniżeli jeszcze przed
kilkunastu nawet laty, lecz jednocześnie rośnie poczucie jakiegoś
niedosytu. Coraz trudniej doznać autentycznych emocji, smaku przeżycia
czegoś nadzwyczajnego, a przede wszystkim oderwać się od codzienności
zatłoczonego świata wielkich miast i rządzącej nim niepodzielnie
cywilizacji technicznej.
Świat sam do nas przychodzi, kiedy tkwimy w domu przed ekranem
telewizora. Paraliżuje to podejmowanie jakiegokolwiek wysiłku dla
realizacji nurtujących nas eksploracyjnych wyzwań. Może nie utraciłeś
w sobie jeszcze ciekawości świata, tego wspaniałego instynktu, który
popychał żagle podróżników i odkrywców. Może zachowałeś zdolność
autentycznego przeżywania zjawisk przyrodniczych czy społecznych i
ulegania najprzeróżniejszym zdziwieniom. Jeśli tak rzeczywiście jest,
to potrafisz stawić czoła szybko otaczającej nas duchowej obojętności
i bezkrytycznej absorpcji spływającej zewsząd medialnej papki
informacyjnej. Dla podtrzymania takiego stanu rzeczy powinieneś się
zatem poważnie zastanowić nad wybraniem się na przykład na Wielką
Sawannę (Gran Sabana) w odległej wenezuelskiej Gujanie.
Za pretekst posłużyć może pierwszy nadarzający się moment psychicznej
gotowości do oderwania się od jednostajnego, stresującego i pędzącego
coraz szybciej życia z zegarkiem w ręku. Zegarek nie będzie ci zresztą
potrzebny, gdyż czas tam dawno temu się zatrzymał. Odnajdziesz tam
miejsca ledwo dotknięte stopą ludzką, wymarzone i utkwione gdzieś
głęboko w twojej podświadomości oszołamiające przestrzenie, absolutnie
czyste powietrze i krystaliczne wody rzek i wodospadów. Po skwarnym
dniu zaspokoić tam możesz do woli pragnienie podczas wieczornego
pływania tak, jak cię Bóg stworzył. To rzeczywiście wspaniałe,
atawistyczne nieco uczucie!
Region, o którym mowa, cieszył się przez dłuższy czas szczególnym
zainteresowaniem europejskich konkwistadorów, podróżników, jak też i
zwyczajnych awanturników. To przecież gdzieś w dżunglach między
Amazonką a Orinoco umiejscawiana była w XVI wieku legendarna kraina
niezmierzonych bogactw i skarbów - El Dorado. Źródłem mitów o
„pozłacanym królu” były opacznie rozumiane i z natury wyolbrzymiane
opowieści tubylczych Indian. Dawali im łatwo wiarę europejscy
przybysze przywykli już do cudownej - w wielu różnych aspektach -
rzeczywistości Nowego Świata, łudząc się, że odnajdą niezmierzone
skarby, a także wraz z nimi przysłowiowe ogrody ziemskiego raju i
źródło wiecznej młodości. Niezliczone desperackie wyprawy, pod wodzą
takich upartych i nieposkromionych śmiałków, jak Diego de Ordáz,
Nicolaus Federmann, Gonzalo Jiménez de Quesada, Sebastián de
Belalcázar, czy wreszcie Francisco de Orellana oraz Walter Raleigh,
wyruszały z różnych stron, jedna za drugą, w niepohamowanym pościgu za
mitem. Ich siłą napędową była chciwość, żądza władzy i tęsknota za
sławą. Magiczny miraż El Dorado nigdy nie miał się jednak
zmaterializować w oczekiwanym wymiarze. Poszukiwacze legendarnych
skarbów przeszli do historii, mając swój określony udział w dokonaniu
wielu doniosłych odkryć geograficznych.
Bez
mała trzy wieki później, na początku XIX stulecia, region stał się
ponownie przedmiotem wzmożonego zainteresowania. Tym razem ze strony
hiszpańskich misjonarzy, jak również angielskich czy niemieckich
badaczy i podróżników. Relacje z przedsiębranych przez nich
ekspedycji, zwłaszcza braci Roberta i Richarda Schomburgków oraz
Charlesa Barrringtona Browna, na forum osławionego londyńskiego Royal
Geographic Society, bardzo poruszyły wyobraźnię Arthura Conan Doyle’a.
Był on już wówczas znanym pisarzem, twórcą literackiej postaci
Sherlocka Holmesa. W 1912 roku wskutek silnej inspiracji ich
podróżniczymi opowieściami napisał on kolejną swoją książkę pod
frapującym tytułem „Świat zaginiony”. Główne miejsce akcji umiejscowił
autor na niedostępnej górze stołowej, położonej w odległych rejonach
amazońskich dżungli. Na szczycie tej góry zachować się miała
nienaruszona procesem ewolucji prehistoryczna fauna i flora Uczestnicy
wyprawy odkrywają na każdym kroku archaiczne gatunki zwierząt i
roślin.
Kto wie czy „Świat zaginiony”, w którym głównemu bohaterowi
profesorowi Challengerowi wraz z trzema towarzyszami przychodzi stanąć
oko w oko z agresywnymi dinozaurami i pterodaktylami, nie dostarczył
jakiejś inspiracji Michaelowi Crichtonowi do napisania powszechnie
znanego „Parku jurajskiego”?
Aby dotrzeć do tej skutecznie podrażniającej wyobraźnię krainy należy
pokonać dystans blisko 1300 km, dzielący ją od wenezuelskiej stolicy –
Caracas.
A więc Rumbo al Sur! Tierra adentro! Kurs na południe! W głąb kraju!
Po przejechaniu 550 kilometrów można podziwiać wspaniałą wiszącą
konstrukcję Puente Angostura, jedynego jak dotąd mostu na Orinoko. W
jego pobliżu położone jest – stanowiące historyczną kolebkę
państwowości Wenezueli - Ciudad Bolívar. Po przebyciu kolejnych 300
kilometrów jak grzyby po deszczu pojawiają się kolejno miasteczka i
osady poszukiwaczy złota - Guasipati, El Callao, Tumeremo i wreszcie
El Dorado. W tych porośniętych kolczastym buszem, skwarnych okolicach
znajduje się najbardziej odizolowana wenezuelska kolonia karna, gdzie
w latach 40. odsługiwał swój kolejny, równie ciężki, jak
niesprawiedliwy wyrok Henri Charrière – słynny „Papillon” z książki
pod tym samym tytułem. Jego przeżycia spopularyzowała znakomita
ekranizacja powieści ze .Steve McQueenem i Dustinem Hoffmanem w rolach
głównych.
Ale do naszego celu jeszcze daleko. Kolejny odcinek drogi ciągnie się
przez rozległe, pofalowane obszary podzwrotnikowych sawann i lasów, z
rozrzuconymi tu i ówdzie na przemian osadami Indian oraz poszukiwaczy
diamentów. Miejscami tli się ogień i snują się dymy w wypalanej
właśnie przez tubylców puszczy. Prowadzą oni gospodarkę żarową zgodnie
ze znaną w tej strefie zasadą tala y quema („tnij i pal”). Po
wykarczowaniu powierzchni leśnej na jej miejscu pojawiają się
niewielkie poletka manioku i bananów. To podstawa tutejszej skromnej
diety żywnościowej.
Wreszcie,
kiedy na liczniku pojawia się liczba 1100 kilometrów, teren podnosi
się zdecydowanie, wyginając drogę w niezliczone serpentyny Sierra de
Lema. Ten stromy podjazd prowadzi przez gęstą, tropikalną puszczę.
Wraz ze wzrostem wysokości pojawia się coraz bujniejsza i bardziej
egzotyczna roślinność. Zwracają uwagę niespotykane gdzie indziej,
gigantyczne, mierzące ponad trzy metry bromelie. Otaczające je drzewa
pokryte są zwartym kożuchem epifitów, które sadowią się wysoko na
pniach i konarach, gdzie znajdują wystarczającą dla swego rozwoju
ilość światła. Spod gęstych koron zwieszają się aż do ziemi pęki
splątanych lian. Na gałęziach płożą się dziesiątki gatunków
storczyków, roślin ananasowatych, paproci, filodendronów o
najprzeróżniejszych kształtach. Miejscami drzewa wyrastają wprost z
regularnie zasilanych przez deszcze grzęzawisk. Nieruchoma tafla
płytkiej wody sprawia wrażenie czarnego jak węgiel lodowiska. W
wilgotnym powietrzu wszystkie martwe części roślin natychmiast
zaczynają gnić. Butwieją i rozkładają się tak szybko, że nigdy nie
zdążą przykryć ziemi grubszą warstwą. Z lasu dociera mdły, duszący
zapach. Nie ma tu żywej duszy, ani nawet śladu po niej. Tylko od czasu
do czasu słychać przeraźliwe wrzaski przelatujących tuż nad głowami
wielkich papug, zwanych w Ameryce Południowej guacamayas. Raz
imponujące te ptaki mienią się błękitem i żółcią, kiedy indziej
natomiast jaskrawymi czerwono-niebiesko-żółtymi barwami! Wzroku po
prostu oderwać nie można! Niektóre z nich przysiadają na chwilę na
pobliskich gałęziach, starając się jakby w imieniu pozostałych zerknąć
z kim mają do czynienia. Chwilę później nikną w nasyconych tropikalną
zielenią koronach drzew. Posuwając się wyżej napotykamy całe gaje
drzewiastych paproci. Stanowią one nieodłączny element obrazu
tropikalnych lasów mglistych selva nublada. Mgły znajdują się tu w
bezustannym ruchu. Niezależnie od pory roku niebo rzadko się tutaj
odsłania.
W pewnym jednak momencie podjazd się kończy i zamglona dżungla znika
nagle jak nożem uciął. Odkrywa się rozległy, ginący gdzieś w
delikatnej, błękitnej mgiełce, sprawiający majestatyczne wrażenie,
płaskowyż Wielkiej Sawanny. Przejrzyste powietrze, a także
ukształtowanie powierzchni pozwalają sięgnąć wzrokiem na odległość
kilkudziesięciu kilometrów! Upajanie się tym wspaniałym krajobrazem
jest niezwykłą przyjemnością.
Gran
Sabana stanowi część Wyżyny Gujańskiej, jednej z wielkich krain
geograficznych Ameryki Południowej. Ciągnie się z północy na południe
na długości blisko dwustu kilometrów. Występuje tu typowa dla formacji
sawannowej roślinność. Znaczna część porośniętego trawami obszaru
pozbawiona jest drzew. W niżej położonej południowej jej części
bardziej wilgotne tereny charakteryzują się występowaniem
spektakularnych morichales. Są to rzadko porośnięte zagajniki
rozpowszechnionej tu palmy moriche. Wzdłuż meandrujących, jak wijące
się węże, rzek podziwiać można wąskie pasma zwartych tropikalnych
lasów galeriowych. O niepowtarzalnym charakterze krajobrazu Gran
Sabana decydują dominujące ponad pofalowanym płaskowyżem izolowane
ostańcowe góry stołowe. Noszą one lokalną indiańską nazwę tepui. Ich
spłaszczone powierzchnie szczytowe opadają pionowo w dół nagimi
skalnymi ścianami, tworzącymi sięgające blisko tysiąca metrów
przepaście! Te niezwykłe masywy wydają się niekiedy przypominać
fantasmagoryczne okręty wśród pozostających w nieustannym ruchu
trójwymiarowych obłoków. Najwyższym z tepui jest - stanowiący
przedmiot niejednego literackiego odniesienia - Monte Roraima.
W pewnej chwili człowiek zdaje sobie sprawę, że ma rzadką okazję
podziwiania wokół siebie niczym niezakłóconej pełnej panoramy! Można
delektować się niezwykłą wprost przeplatanką równocześnie
występujących zjawisk: gdzieś w oddali błyskawice tropikalnej burzy, z
innej strony – skupiona nad górskimi masywami gęsta pokrywa
śnieżnobiałych, kłębiastych chmur, dalej – silnie nasycone głębokim
lazurem niebo, a gdzie indziej jeszcze – obrywająca się z
czarno-ołowiowych chmur straszliwa ulewa, zasłaniająca tylko niewielki
wycinek horyzontu. Ten rozgrywający się na sawannowej scenie naturalny
spektakl zapiera dosłownie dech.
Gdzieś w środku Wielkiej Sawanny, w pobliżu osady o nazwie San
Francisco de Yuruaní, żegnamy się z głównym szlakiem, który prowadzi w
kierunku niedalekiej już granicy wenezuelsko-brazylijskiej.
Gospodarzami w tych okolicach są już wyłącznie Indianie Pemón ze
szczepu Taurepán. Samochód pozostawiamy pod opieką miejscowego
kacyka-sklepikarza. Schowany za jedną z przydrożnych, pokrytych
wysuszonymi liśćmi palmowymi chat, cierpliwie będzie oczekiwać na
powrót z kilkudniowego wypadu do „innego świata”.
Przesiadamy
się wszyscy – wraz z całkiem pokaźnym bagażem – do terenowego bronco.
Siedzimy stłoczeni niemiłosiernie. Oszczędza nam to jednak
siedmiogodzinnego marszu do najbliższej, położonej w odległości około
25 kilometrów, wioski indiańskiej. Przypominająca czasem wysuszone
klepisko droga ma wiele wypełnionych błotem dziur. Miejscami jest ich
tak dużo, że tworzą one prawdziwe wąwozy, prowadzące do jednego za
drugim kamienistych brodów rzecznych. Za każdym niemal razem wisi nad
nami groźba ugrzęźnięcia na dobre. Wszyscy, poza kierowcą, wysiadają i
energicznie muszą popychać samochód. W przeciwnym razie ani rusz. W
końcu docieramy do liczącego kilka chatek przysiółka Chirimatá. Przed
naszymi oczyma na długim, łagodnym zboczu sawannowego pagóra, w
odległości może trzech kilometrów, pojawia się wioska Peraitepui. Jej
dalekie bladoniebieskie tło stanowi odsłaniająca się właśnie z
płaszcza kłębiastych obłoków Roraima i sąsiadujący z nią majestatyczny
Kukenán. Oba te wspaniałe masywy dzieli wąska gardziel wypełniona
kotłującymi się bezustannie chmurami. Cały ten widok robi doprawdy
potężne wrażenie. Ku naszemu zdumieniu dowiadujemy się, że do podnóży
Roraimy brakuje jeszcze mniej więcej 20 kilometrów. A „na oko” wydaje
się, że to tylko sprawa krótkiego spaceru. Nocleg w indiańskiej chacie
na najtwardszym chyba z klepisk. Wieczorne widoki zawieszonej nad nami
półkuli ciemnogranatowego nieba przechodzą najśmielsze oczekiwania.
Jak okiem sięgnąć gwiazdy sięgają wszędzie samego horyzontu! Sięgając
do wspomnień z innych podróży po wielu kontynentach jest ich chyba
więcej niż gdziekolwiek indziej. Naszym przewodnikiem będzie tutejszy
Indianin Otilio. Za tragarzy służyć będą czterej, nie znający zupełnie
hiszpańskiego, młodzi jego miedzianoskórzy współplemieńcy. Stąd więc
zaczyna się prawdziwa eksploracyjna wędrówka. Forsowny
jedenastogodzinny marsz daje się nieźle we znaki. Nie spotykamy przez
cały dzień ani żywej duszy. Przejście przez rwącą i spienioną rzekę
Kukenán zdecydowanie podnosi poziom adrenaliny. Rzeka wezbrała – jak
mówią beznamiętnie nasi indiańscy towarzysze – po nocnym oberwaniu
chmury. Naprawdę niewiele brakowało, a zabrałaby ona ze sobą kilkoro z
nas, nie mówiąc już o ekwipunku. Bardzo przydaje się lina
asekuracyjna. Udane przejście opłacamy jedynie przemoczeniem butów i
ubrań. Kiedy po kilku dniach wracaliśmy tą samą drogą, był to już
zupełnie niegroźny strumień. Można było przejść po kamieniach suchą
nogą. Wymęczeni, spieczeni słonecznym żarem i przemoczeni dochodzimy
do wyznaczonego na ten dzień celu. W zapadających ciemnościach i
padającym deszczu przy pomocy latarek rozbijamy namioty na niewielkiej
łączce u stóp niewidocznej już góry. Wraz z ustaniem deszczu pojawiają
się wokół nas, przypominające małe gwiazdeczki, świetliki, znane w tym
kraju pod nazwą cocuyos.
Dopiero rankiem uświadamiamy sobie, gdzie jesteśmy. Niemal nad samą
głową wyrasta osiemsetmetrowa pionowa ściana. Ogarnia nas uczucie
małości i niemocy wobec sterczącej przed nami ogromnej naturalnej
fortecy. Nie stwarza ona swoim wyglądem zbytnich szans na uległość
wobec próbujących się do niej dostać kilku śmiałków-intruzów.
Podejmując jednak wyzwanie trzeba po prostu próbować pchać się do
przodu, zacząć powoli piąć się w górę. Po kilku chwilach - ze względu
na stromiznę terenu, błotnistą maź wilgotnej ziemi, zdradliwą
plątaninę korzeni i lian, a także coraz liczniejszych śliskich i
ruchomych głazów trzeba właściwie pełzać. Ręce i nogi mają pełno
roboty. Po kilku minutach jesteśmy kompletnie przemoczeni. Niezliczone
krople wody zalegające na liściach, gałęziach i łodygach wyjątkowo
bujnej podzwrotnikowej roślinności, skraplająca się mgła i pot
przenikają całe ciało. Na dodatek znowu zaczyna padać. Nie zdajemy
sobie nawet sprawy, kiedy przeszliśmy pod spadającą z kilkusetmetrowej
wysokości kaskadą. Deszcz i rozpylona woda z wodospadu stanowiły po
prostu jedno. Tuż pod skalistymi ścianami pojawiają się skupiska –
nieznanych dotychczas z innych tropikalnych regionów - strzelistych
palm. Sprawiają na pierwszy rzut oka wrażenie lasu zatkniętych w
ziemię włóczni. Gdzieniegdzie pióropusze kilkumetrowych drzewiastych
paproci przypominają do złudzenia krajobraz żywcem wzięty ze szkolnych
podręczników, opisujących okres historii Ziemi jeszcze sprzed
powstania złóż węgla. Pokręcone pnie i gałęzie drzew pokryte są
najróżniejszymi rodzajami porośli. Jedne pną się ku górze, inne raczej
zwisają ku dołowi. Wokół nieznane kolorowe kwiaty, jak również
błyskające wilgotną zielenią, spokrewnione z ananasowcem, rozetowate,
długolistne bromelie. Nieustannie przemieszczające się wśród nas mgły
potęgują atmosferę tajemniczości. Niezapomniany ten obraz przywodzi
nieodparcie na myśl stare ryciny z odkrywczych wypraw Alexandra von
Humboldta w dorzecze Orinoko sprzed 200 lat. Tu i ówdzie usiłują się
przebić promienie popołudniowego słońca. Nadają one złoto–różowawego
kolorytu zawieszonej złowieszczo nad nami piaskowcowej ścianie. W
pewnym jednak momencie traci ona niespodziewanie swoją ciągłość. Przed
nami odkrywa się poprzeczne rumowisko skalne z ledwo widoczną wśród
krzewów i kamieni ścieżynką. Okazuje się, że pokonanie tej „szklanej
góry” jest jednak możliwe. Później mieliśmy się dowiedzieć, że to
właśnie tędy weszli na górę jej pierwsi zdobywcy.
Hacia
arriba! Dalej w górę!
Ogarnięci dodatkowym animuszem przyspieszamy. Zmęczenie kompensowane
jest wspaniałymi widokami pionowo ku niebu i poszarpanym na jego tle
krawędziom skalnym oraz w dół ku malowniczej, pagórkowatej sawannie z
rozpływającym się w dali zamglonym horyzontem. Pod nogami co chwilę
kamieniste strumyki, rwące z bulgotem w dół płytkich wąwozów. Ta
ekscytująca sceneria nie pozwala w pierwszym momencie zorientować się,
że już nie musimy się dalej wspinać. Wreszcie teren robi się bardziej
równy. Wejście na płaskowyż szczytowy pełne jest naturalnych,
wymodelowanych przez erozję, skalnych zamków i bram. Podziw budzą ich
osmagane wiatrami i deszczami kształty. Jednolitą kamienną czerń
przerywają tylko, zawieszone jakby w skalnej przestrzeni, malutkie
różowe kwiatki. Nadchodzą fantazyjnie układające się między
nierównościami terenu szare mgły. Nagle robi się niezbyt przytulnie.
Pośpiech jest wyjątkowo wskazany. Biwak bowiem trzeba założyć jeszcze
przed szybko zapadającymi tu ciemnościami.
Po mozolnych poszukiwaniach udaje się szczęśliwie znaleźć odpowiednie
miejsce na pokrytej drobnym piaskiem półce skalnej. Zawieszona nad
urwistą przepaścią jest ona w stanie pomieścić jedynie mały dwuosobowy
namiocik. Od deszczu chronić nas będzie postrzępiona skalna
przewieszka. Pozostali uczestnicy wyprawy spędzą noc poza zasięgiem
naszego wzroku, schowani gdzieś w innej części potężnego masywu
szczytowego. Wyszukanie w miarę znośnego miejsca na nocleg nie jest tu
wcale takie łatwe! Zostaniemy tu przez dwie noce.
Noc zimnawa. Znajdujemy się wprawdzie prawie na równiku, ale przecież
na wysokości powyżej 2800 metrów ponad poziomem morza. Oszołamiający
widok wypełnionego gwiazdami nieboskłonu półkuli południowej. Trudno
zasnąć od emocji ostatniego dnia. Rozdygotana podświadomość przynosi
wielość eksploracyjnych miraży. W końcu udaje się jednak zapaść w sen.
Chaotyczne, przerywane nocne wizje męczą i ekscytują zarazem! Ranek
jest rześki. Promienie słoneczne przywracają życie poszarpanej,
matowej czerni skalistej powierzchni. Wilgotność powietrza niebywała.
Pojawiają się przejściowe kłopoty ze sprzętem fotograficznym. Na
szczęście – wraz z szybkim wzrostem temperatury - ustępują one ku
naszej radości dość szybko.
Rozległa platforma szczytowa robi miejscami wrażenie niemożliwej do
przejścia. Wokół jak okiem sięgnąć czarny kamienny horyzont. Otacza
nas jakby średniowieczne warowne miasto. Brak charakterystycznych
punktów odniesienia. Teren niebywale trudny dla orientacji, nawet dla
doświadczonego podróżnika. Istny labirynt uformowanych przez
długotrwałą erozję skalnych baszt i wieżyc, dziedzińców, murów i
krużganków, amfiteatrów i portali, studni i pieczar. Mnogość płytkich,
okrągławych oczek wodnych na litym podłożu. W nich to pojawiają się tu
i ówdzie jakby miniaturowe oazy kwitnących roślinek. Wrażenie
wzmocnione jest ich odbiciem w krystalicznej i przejrzystej do samego
dna wodzie. Tworzą one wielogatunkowe kombinacje florystyczne zdające
się trwać jedynie dzięki wodzie i powietrzu. Brak tu przecież w ogóle
rozwiniętej warstwy glebowej. Natychmiast nasuwa się porównanie do
starannie wypielęgnowanych japońskich ogrodów. Wśród skalnych kanionów
z rzadka pojawiają się gdzieniegdzie, jakby żywcem przeniesione z
japońskich hodowli bonsai, grupki karłowatych drzewek bonnetia
roraimae.
Nie jest to jedyna występująca tu roślina endemiczna. Flora
powierzchni szczytowej tepui stanowi bowiem jakby naturalne
laboratorium botaniczne. Wśród innych, charakterystycznych wyłącznie
dla tego miejsca gatunków, najbardziej rzucającymi się w oczy
przybysza z „naszego świata” są kwitnący na żółto, mięsisty stegolepis
guianensis, przypominający różyczkę górską orectanthe sceptrum,
różowawy befaria im thurnii czy kielichowata, owadożerna heliamphora.
Po kilku godzinach wędrówki wśród skalnych labiryntów znaleźliśmy się
na terenie bardziej otwartym. Można by go opisać jako swego rodzaju
amfiteatralnie ukształtowaną płytką dolinę ze spływającą jej środkiem
leniwą strużką wąziutkiego strumyczka. Wokoło natura przygotowała
niezrównaną niespodziankę. Naszym oczom ukazują się, jedno za drugim,
pola krystalicznego kwarcu, w jego najpiękniejszej i najdoskonalszej
postaci przezroczystego kryształu górskiego. Przypominające do
złudzenia obrobione kawałki szkła kryształowe pryzmaty kwarcowe w
postaci słupków, pałeczek, czy jak kto woli, grubych igieł, zakończone
sześciościenną piramidką o zadziwiająco regularnej geometrii, powodują
uczucie obecności w zupełnie innym świecie. Trzeba się uszczypnąć w
rękę, aby uwierzyć, że jednak nie odlecieliśmy nigdzie w żadne
zaświaty...Nie można się oprzeć uczuciu wielkiej ekscytacji, zapomnieć
można o wszystkim. Kwarc jakby lepi się w konglomeraty, zbiera w
bryły, geolog by powiedział - szczotki mineralne, stanowiące skupienia
pojedynczych kryształów różnej wielkości, krzyżujących się,
narastających blisko siebie od wspólnej podstawy. Gdzieniegdzie
kryształy przybierają barwę czerwono-różową, co zawdzięczają zapewne
obecności związków żelaza bądź też innym domieszkom mineralnym. Trudno
się zmusić do kontynuacji marszu. Oczy rozbiegane, umysł rozkojarzony.
Rozsądek w końcu bierze jednak górę. Przecież po ciemku pogubimy się i
nie będziemy w stanie odnaleźć naszego obozowiska. Zdążając
energicznie w jego kierunku natrafiamy niespodziewanie na zupełnie cud
natury, a mianowicie ogromną skalną studnię. Gdyby nie nagły podmuch
wiatru, który właśnie przepędził otaczającą nas mgielną kurtynę, to
nie tylko nigdy byśmy nie zobaczyli tego przyrodniczego fenomenu, ale
po prostu wpadlibyśmy do tej dziury .... Średnica studni wynosiła
blisko 10 metrów. Na głębokości dobrych 7-8 metrów wypełniona była ona
nieruchomą taflą zupełnie przezroczystej wody. Skaliste podłoże
nadawało jej czerwonawego kolorytu. Dolną część bocznych ścian studni
stanowiły jakby kamienne arkady, przypominające na pierwszy rzut oka
renesansową architekturę dziedzińca zamku wawelskiego czy zamojskich
kamieniczek. Zdawać by się mogło, iż oswojona już z naszą obecnością
Roraima zechciała na koniec odkryć przed nami swoje tajemnicze,
przepastne wnętrzności. Mimo nieodpartej pokusy podjęcia wyzwania
eksploracji okolicznych zwalisk skalnych, które „na nosa” wskazywały
na istnienie podziemnych korytarzy prowadzących do dna studni, ze
smutkiem rezygnujemy z tej podanej już na tacy fascynującej przygody.
Odchodzimy powoli oglądając się do tyłu wielokrotnie...
Kolejna chłodna noc na szczycie. We śnie przewijają się obrazy
ostatniego dnia. Rano zwijanie obozowiska i pakowanie rzeczy. Ostatni
rzut oka na oświetloną promieniami wschodzącego słońca skalistą
przestrzeń Roraimy. Jakby jej przedłużenie stanowi wyraźnie
zaznaczona, wynurzająca się spośród mgieł sylwetka sąsiedniego tepui –
Kukenán. Ma ona w sobie teraz jakąś magiczną przyciągającą siłę, przed
którą trzeba się jednak skutecznie bronić. Wzrok kierujemy więc, chcąc
nie chcąc, z góry ku dołowi. Czas pędzi nieubłaganie naprzód i trzeba
wracać. Cała wyprawa została zaplanowana przecież tylko na tydzień.
Pozostaje poczucie niedosytu, które będzie rosnąć stopniowo przez
następne miesiące i lata, aż do osiągnięcia stanu tęsknoty. Zamiast
więc mówić adios Roraima może wszak lepiej wykrzyknąć hasta luego,
czyli „do zobaczenia wkrótce”, zapewniając sobie jakąś szansę na
jeszcze jedno spotkanie z „Zaginionym Światem”. Może kiedyś szczęście
znowu się uśmiechnie i wtedy trzeba będzie wyciągnąć mu tylko pomocną
dłoń....
Schodzenie tą samą krętą ścieżką. Ślisko i mokro wszędzie. Wszyscy
zadowoleni i dumni z siebie. Nie rozmawiamy. Każdy zagłębiony w sobie,
kontempluje wrażenia z ostatnich dni. Po kilku godzinach jesteśmy na
dole. Teraz dopiero zdajemy sobie w pełni sprawę, że ta wspaniała
przygoda staje się już przeszłością. Zanim dojdziemy po kolejnych
kilku godzinach do miejsca następnego biwaku m nad rzeką Tek,
obejrzymy się co najmniej po stokroć w kierunku pozostającego coraz
dalej i dalej skalnego masywu Roraimy.
Następnego dnia wracamy do „naszej” wioski indiańskiej, gdzie witają
nas znajome, uśmiechnięte twarze tubylczych dzieci, oczekujących znowu
na parę cukierków. Żegnamy się serdecznie z Otilio i chłopakami.
Spisali się wszyscy rzeczywiście na medal. Długo jeszcze machają do
nas z daleka w pożegnalnym geście, jakby podzielając naszą nadzieję,
że może jeszcze kiedyś znowu się spotkamy.
Dossier - Monte Roraima
Położenie
Wyżyna Gujańska jest najwyżej wyniesioną częścią archaicznego cokołu
kontynentalnego. Pokryty on jest potężnymi warstwami skał
paleozoicznych, głównie piaskowców i kwarcytów. Są one silnie
porozcinane na skutek działalności erozji, tworząc oryginalną rzeźbę
gór stołowych (tepui). Region ten stanowił przed milionami lat
fragment lądu Gondwana, obejmującego - poza Ameryką Południową - także
obszar dzisiejszej Afryki z Madagaskarem, Półwyspu Arabskiego,
subkontynentu indyjskiego, Australii oraz Antarktydy. Położona w
nazywanej przez geografów Sierra de Pacaraima, na bezludnym zworniku
granicznym Wenezueli, Brazylii i Gujany, Monte Roraima stanowi
najwyższe wzniesienie Wyżyny Gujańskiej (2810 m n.p.m., powierzchnię
szczytową oszacować należy na 30-40 km2!). Przeważająca część
rozpościerającego się poniżej Roraimy płaskowyżu Gran Sabana wraz z
niemal setką rozrzuconych po nim tepui wchodzi w skład Parku
Narodowego Canaima. Ten zadekretowany przez rząd Wenezueli w 1962 roku
park narodowy obejmuje powierzchnię 30 tysięcy kilometrów kwadratowych
(co odpowiada obszarowi Belgii!). Daje mu to szóste miejsce na
świecie.
Historia europejskiej penetracji
Region ten stanowił od wieków przedmiot zainteresowania ze strony
europejskich podróżników, awanturników i poszukiwaczy skarbów.
Penetrowany on był w poszukiwaniu legendarnej krainy El Dorado. Już w
1654 roku zaznaczona została na pierwszej mapie tego regionu Roraima.
Jej autorem był, nadworny kartograf króla Ludwika XIV, Nicolas Sanson
d’Abbeville. W okresie 1835-1843 niemieccy geografowie i przyrodnicy w
służbie brytyjskiej, bracia Robert i Richard Schomburgk, wielokrotnie
prowadzili badania flory i fauny w tym regionie, uznając zdobycie
Roraimy za możliwe wyłącznie przy pomocy balonu, podobnie zresztą jak
kolejni przybywający w jej pobliżu badacze (Charles Barrington Brown
czy Henry Whitely). Wreszcie w grudniu 1884 roku Everard Im Thurn,
wraz ze swoim towarzyszem, Harry Perkinsem zdołali dokonać pierwszego
wejścia na Roraimę. W jednej ze swoich książek pod tytułem „Wspaniałe
Orinoco”, opublikowanej w 1892, wzmiankuje Roraimę nawet sam Juliusz
Verne.
Ludzie
Jedynymi mieszkańcami tego rzadko zaludnionego regionu są zaliczani do
karaibskiej grupy językowej Indianie z plemienia Pemón (3 szczepy –
Kamarakoto, Arekuna i Taurepán; ci ostatni żyjący w rejonie naszego
głównego zainteresowania). Żyją oni w rozproszonych po Gran Sabana
niewielkich siedliskach - wspólnotach, liczących po kilka, a niekiedy
kilkanaście okrągłych, eliptycznych lub prostokątnych chat.
Skonstruowane są one na bazie drewnianego szkieletu, którego ściany
wypełnione są wysuszonym na kamień błotem, natomiast do budowy dachów
wykorzystane są liście palmy moriche. Indianie Pemón zajmują się
przede wszystkim wędrownym rolnictwem żarowym, które zamienia każdego
roku kolejne oddalone od ich domostw połacie tropikalnego lasu
pierwotnego w tereny uprawne, a następnie pozostawia je do stopniowego
zarośnięcia lasem wtórnym. Podstawę wyżywienia stanowi maniok, a w
dalszej kolejności także inne tropikalne rośliny bulwiaste, jak bataty,
jam, kolokazja, czy banany w tradycyjnych i warzywnych odmianach.
Wśród przedmiotów codziennego użytku rzucają się w oczy naczynia z
wysuszonej tykwy do magazynowania wody i sfermentowanego napoju
alkoholowego cachiri. Wspólne jego popijanie na zasadzie „fajki
pokoju” nie raz pomogło przełamać nieufność indiańskich kacyków.
Zwraca uwagę charakterystyczny, koszykowaty sebucán. Służy do
wytłaczania soku yare ze startego gorzkiego manioku dla produkcji
łatwej do przechowywania mączki i placków casabe. Ma on podłużny
cylindryczny kształt i osiąga długość prawie dwóch metrów. Nie sposób
nie wspomnieć łuków i strzał, a także wykonanych z naturalnych włókien
hamaków - chinchorros czy specjalnych „plecaków” służących do
transportu noworodków, chrustu na opał, plonów rolnych czy wreszcie
myśliwskich zdobyczy.

RORAIMA
zdjęcia
Aby powiększyć
proszę kliknąć na miniaturę
Please click
on the photo to enlarge
|