|

----- Original Message -----
From: Tadeusz Sokolowski
To: narodowa@narodowa.p l
Sent: Monday, May 17, 2004 5:07 PM
Subject: Galeria GA.PO
"Podróż dookoła świata"
Aby powiększyć
proszę kliknąć na miniaturę
Please click
on the photo to enlarge
Zawsze byłem marzycielem. Od małego
spędzałem wiele czasu siedząc lub leżąc nad ogromnymi, ważącymi po
kilka kilogramów każdy, starymi austriackimi i niemieckimi
atlasami z sprzed I wojny światowej, które odziedziczyłem jeszcze
po nieznanym mi nigdy osobiście dziadku. Nabyłem z czasem maniery
chełpienia się przed wszystkimi dorosłymi, że wybiorę się kiedyś w
podróż dookoła świata.
Minęło ponad 20 lat. W międzyczasie skończyłem studia
geograficzne; nauczyłem się - praktycznie samodzielnie –
najważniejszych języków europejskich; zawodowo zaś zaangażowałem
się w dziedzinie handlu zagranicznego. Być może niektórzy
zapomnieli już o moich dawnych monotematycznych zainteresowaniach
i dywagacjach, ale ja uparcie – może niekiedy nawet już nie do
końca w świadomy sposób - tak długo te myśli ze sobą woziłem,
aż....
Pewnego sierpniowego dnia 1976 roku wraz z dwoma starymi kolegami,
również współzałożycielami Towarzystwa Eksploracyjnego, lecz
niewątpliwie zasługującymi na większe ode mnie w tej mierze laury,
Wojtkiem Dąbrowskim i Markiem Bogatkiem, wyruszyliśmy w podróż,
która miała stać się w moim życiu wielce istotnym wydarzeniem.
Przeistoczyła się ona dla mnie w prawdziwą, tak przecież już dawno
temu wydumaną, wyprawę z plecakiem dookoła świata, która w sposób
nieprzerwany trwała bez mała cztery lata, tj. do kwietnia 1980
roku. Dzięki dziennikom z podróży, których zresztą nigdy nie
potrafiłem pisać inaczej niż dla konkretu w czasie i przestrzeni,
jestem w stanie po tak wielu latach odtworzyć niektóre szczegóły,
daty, nazwy topograficzne, osoby i ich adresy w dziesiątkach
różnych krajów oraz - co chyba najistotniejsze - także wrażenia
osobiste rozsiane po tysiącach miejsc, które stanowią dla mnie do
dziś „globalną sieć” całej masy różnego rodzaju odniesień. Ale do
rzeczy.
Pierwszy odcinek wyprawy wokół kuli ziemskiej, o charakterze par
excellence podróżniczym, prowadził przez kraje azjatyckie:
Afganistan, Pakistan, Kaszmir, Mały Tybet (Ladakh), Indie, Nepal,
Sikkim, Sri Lankę, Birmę, Tajlandię i Malezję. Trwał on 10
miesięcy. Głównymi środkami transportu, z jakich korzystałem po
drodze, były pociągi, autobusy, samoloty, statki, ciężarówki,
samochody terenowe, nie mówiąc już oczywiście o niezliczonych,
krótszych i dłuższych, wędrówkach pieszych (przede wszystkim w
Himalajach).

KLIKNIJ TU A
ZOBACZYSZ TĘ GRUPĘ W 2010 R. :))
Do bardziej znaczących wydarzeń w tym czasie zaliczyć należy
udział w wielodniowych kazaniach Dalaj Lamy (w pobliżu położonego
nad górnym Indusem Leh, w świeżo otwartym wtedy dla świata
zewnętrznego Ladakhu), prywatne spotkanie całej naszej trójki z
Indirą Gandhi - premierem Indii (w jej oficjalnej rezydencji w New
Delhi), uzyskanie niezmiernie rzadko wtedy udzielanych specjalnych
zezwoleń na krótkie pobyty w indyjskich strefach ograniczonego
dostępu (Sikkim i Wyspy Andamańskie) oraz last but not least
rozmowa-wywiad z pierwszym zdobywcą Mt. Everestu (wraz z Edmundem Hillarym), Szerpą Tenzingiem Norgayem (w znanym z produkcji
herbaty, Dardżylingu, gdzie kierował on wtedy Himalajskim
Instytutem Wysokogórskim); przyjemnie było osobiście usłyszeć z
jego ust opinię, że najtrudniejszą dla niego wspinaczką w życiu
nie była wcale najwyższa góra świata, lecz południowa grań Nanda
Devi East („tylko” 7434 m), z którą się skutecznie zmierzył przy
okazji polskiej wyprawy himalajskiej w ...1939 roku!
Drugim odcinkiem podróży, która stała się także jakby trochę
sposobem na życie, był 15-miesięczny pobyt w Australii. Na tym
etapie codzienne bytowanie i podróżowanie straciły swój
przeważający dotąd zespołowy charakter, stając się pochodną
własnej filozofii każdego z nas, bardzo indywidualnych planów,
stylu bycia i działania, różnych kręgów osobowych i kierunków
zainteresowań oraz przede wszystkim własnej samorealizacji. Moje
wielkie podróżowanie po kontynencie australijskim zamknęło się,
trudną nawet dla mnie samego do wyobrażenia, liczbą pokonanych 33
tysięcy km (Zachodnia i Południowa Australia, Wiktoria, Tasmania,
Nowa Południowa Walia, Queensland i Terytorium Północne).
Przez ten długi czas nasze wspólne i moje własne, wyjątkowo
szerokie kontakty towarzyskie (od marginesu społecznego, poprzez
zupełnie zwykłych zjadaczy chleba, po intelektualistów,
przedsiębiorców i polityków) pomogły nam psychicznie, a przede
wszystkim organizacyjnie, pokonać najróżniejsze, często niełatwe
problemy, w tym np. wizowe (był taki kilkumiesięczny okres, kiedy
nasz pobyt w Australii określić można było bez jakichkolwiek
wątpliwości za kompletnie nielegalny!). Zdecydowanie podstawowy
sposób przemieszczania się w tym okresie stanowił autostop, który
w północnych regionach kraju kilkakrotnie przekształcił się w
swoją wyższą formę, której nadałem nazwę „awiostopu” (bezpłatne,
wielokrotne podróżowanie prywatną awionetką). Wszystko zaczęło się
na pustkowiu pod Tennant Creek, w środku australijskiego „Outbacku”,
kiedy po 2 czy 3 dniach całkowicie nieskutecznego stopowania i
całodobowego koczowania w przydrożnym rowie, zatrzymał się
wreszcie jakiś samochód, którego kierowca rzucił nam pytanie, czy
nie mamy nic przeciwko poleceniu z nim awionetką do Darwin (ok.
1000 km na północ). Do dziś mam przed oczyma sylwetkę naszego
dobroczyńcy i starszego przyjaciela (pilota Royal Australian Air
Force w czasach II wojny światowej, założyciela Bush Pilots
Airways i autora książki „Bush Pilot”) Boba Normana,
przedsiębiorcy z Cairns (Queensland), z którym wymieniałem
korespondencję jeszcze w połowie lat 80.). Otóż w taki właśnie
sposób dwóch z nas stało się członkami – jak to zwykliśmy mówić –
nowej generacji „hitch-hikerów”. Podobnie jak w poprzednich
etapach podróży nie unikałem wycieczek pieszych, wśród których
najbardziej wartym wspomnienia był niemal tygodniowy marsz przez
bezdroża, dziewicze lasy i góry Tasmanii (to tam karmiony przeze
mnie w buszu opos pomylił kawałek suchego chleba z palcem mojej
lewej nogi!), czy też samotna wędrówka po bezludnych pustkowiach
Wyspy Kangura (pożar buszu, kangury, strusie emu, foki), gdzie
momentami wydawało mi się, że na świecie nie ma żadnej innej
istoty ludzkiej (odczucie miłe i straszne zarazem, którego nigdy
potem nie doświadczyłem już nigdzie, nawet na Wyspie Wielkanocnej,
w rejonie źródeł Orinoko, czy w Amazonii).
Kolejny etap stanowiły większe i mniejsze wyspy Oceanu Spokojnego;
zajął on mi 9 miesięcy. Prowadził przez Papuę-Nową Gwineę wraz z
Nową Brytanią, Wyspy Salomona, Nowe Hebrydy (obecnie Vanuatu),
Nową Kaledonię, Nową Zelandię, Tahiti oraz Wyspę Wielkanocną.
Niezapomnianymi wydarzeniami było dokonanie, tylko we dwóch,
pieszego przejścia Nowej Gwinei (we wschodniej, węższej części
wyspy), przy wykorzystaniu jedynie, często mało widocznych i wręcz
miejscami zanikających ścieżek, które podczas II wojny światowej
miały pomóc Japończykom w niezrealizowanym przez nich celu
zdobycia ... Australii. Rozliczne spotkania i kontakty z
prymitywnymi plemionami w wielu, przeważnie górskich regionach,
jakże egzotycznego kraju, jakim była i jest nadal – choć już nie w
takim stopniu - Papua-Nowa Gwinea (różnego rodzaju lokalne
ceremonie społeczno-religijne; głównymi hitami naszego repertuaru
podczas „występów piosenkarskich” w chatach tubylców pozostawały
niezmiennie „Sokoły” i „Czerwony pas”). Wybuch wulkanu Lopevi na
Nowych Hebrydach w noc wigilijną (kształt rozgrzanych do
czerwoności strumieni lawy w podzwrotnikowych ciemnościach zdawał
się układać w purpurowe gałązki świątecznej choinki; co wzruszyło
mnie do głębi, ze względu na swój specjalny moment i oddalenie od
bliskich od kilku przecież już lat!). Sylwestrowe ”party” z
mieszkańcami wioski na wyspie Ambrym, także na Nowych Hebrydach
(przypomniały mi się wtedy uwagi własnej matki, a także innych
dorosłych, sprzed wielu lat: „Bądź cicho, przecież nie jesteś w
lesie!”. Otóż bowiem byłem w lesie, i to nie pierwszym lepszym, bo
podzwrotnikowym, pełnym egzotycznych palm i drzew paproci, a na
dodatek na niedużej wulkanicznej wyspie gdzieś na zachodnim
Pacyfiku, a jednak wieczorem w ostatnim dniu A.D. 1978 naczelnik
tubylczej
wioski Sessivi kategorycznie domagał się ciszy, gdy
rozentuzjazmowany śpiewałem i tańczyłem z grupą miejscowych
Melanezyjczyków). Udział w zapierających dech „surfingowych”
wyścigach długich czółen krajowców na koralowej wysepce z chatami
na palach u wybrzeży Malaity (Wyspy Salomona). Niebezpieczny
cyklon na Nowej Kaledonii (masowo z wielkim impetem spadające z
palm ogromne orzechy kokosowe). Trzydniowe odcięcie od świata
(prozaiczny powód zablokowania śniegiem drzwi wyjściowych) wskutek
całkiem obfitego, niespotykanego o tej porze roku (lato) opadu
śnieżnego w „samoobsługowym” schronisku na górskiej grani Alp
Południowych na Nowej Zelandii. Specjalne miejsce zajmuje w mojej
świadomości wypełniony „po brzegi pamięci” niezapomnianymi
wrażeniami tygodniowy pobyt na Wyspie Wielkanocnej wśród
dziesiątków, opisywanych niegdyś przez Thora Heyerdahla, nadal
tajemniczych, megalitycznych posągów, spoglądających w bezkres wód
Oceanu Spokojnego - konie, arkan, wiatr, namiot i daleki,
niepokojąco pusty horyzont.
Podróżowanie po wyspach Oceanu Spokojnego dokonywało się przy
pomocy awionetek, statków, motorówek, piróg, traktora, pojazdów
terenowych, konno; także sporo autostopem, nie mówiąc oczywiście o
długich wędrówkach pieszych (głównie po Nowej Gwinei, Nowych
Hebrydach i Nowej Zelandii).
Czwarty etap podróży stanowiła Ameryka Południowa wraz z regionem
Karaibów; trwał on 6 miesięcy, obejmując swym zasięgiem Chile,
Peru, Boliwię, Ekwador, Kolumbię i Haiti.
Godnymi wymienienia wydarzeniami był pobyt w Chile za
dyktatorskich rządów gen. A. Pinocheta (innych obywateli nie tylko
z komunistycznej Polski, lecz z całego tzw. „bloku wschodniego”,
za tamtych czasów tam nie było!), gdzie w okolicach miasta
Valdivia przypadkowe okoliczności spowodowały nasz areszt przez
wywiad wojskowy i kilkanaście godzin - trudnej w istocie do
opisania - szalenie nerwowej niepewności co do naszej przyszłości
na tym świecie w ogóle! Trudno się więc dziwić, że dla ratowania
własnej skóry człowiek zrobił w ciągu jednego tylko dnia kolosalne
i błyskawiczne postępy w zakresie znajomości języka hiszpańskiego,
który okazał się później zupełnie nieodzownym w ambitnej
realizacji podróży po tym kontynencie, ułatwiając i pogłębiając
nasze kontakty z jego mieszkańcami. Warto wspomnieć także wędrówki
po Haiti za czasów autorytarnego panowania Jean–Claude Duvaliera
(„Baby Doc”) i zetknięcie z cieszącymi się okropną sławą okrutnymi
oddziałami policji o nazwie „Tontons Macoutes”. Pamiętam też mój
udział wraz z peruwiańskimi poszukiwaczami złota w ich nocnym
polowaniu na krokodyle w dorzeczu Ucayali, kiedy już wydawało mi
się, że takie wspólne, z poranionym krokodylem na pokładzie,
pływanie małą rozchybotaną łódką i dziesiątkami innych krokodyli
dających wyraźnie o sobie znać w leniwie toczących się wodach
tropikalnej rzeki o nazwie Aguaitía, tym razem naprawdę źle się
dla mnie skończy, zwłaszcza, że byłem wtedy „wyposażony” jedynie w
klapki, szorty i nieco już podziurawioną koszulkę.
Główny środek transportu stanowiły autobusy i ciężarówki. Trafiały
się również samochody terenowe, różnego rodzaju łodzie, a nawet
specyficzny autobus szynowy. Znaczne odległości pokonywałem także
autostopem. Ważniejsze dłuższe wędrówki piesze mieliśmy okazję
odbyć w Andach oraz na Haiti.
Moim ostatnim etapem wyprawy dookoła świata, zdecydowanie już
mniej egzotycznym niż poprzednie, było pięciomiesięczne wędrowanie
autostopem „szlakiem starych europejskich przyjaciół z podróży”.
Wiodło mnie ono z Lizbony (miejsce lądowania na „starym
kontynencie”, gdzie dopadła mnie przywieziona z Haiti malaria)
przez Hiszpanię, Francję, Belgię, Holandię i Niemcy, które
zaprowadziło mnie w końcu z powrotem do Polski.
We Francji, w położonej z dala od ważniejszych dróg, pikardyjskiej
wsi Selens, odwiedziłem Guy Nicpona - zaprzyjaźnionego żandarma z
Tahiti. Otóż Guy zatrzymał mnie dwa lata wcześniej we wschodniej
części wyspy Tahiti pod zarzutem „włóczęgostwa”. Niemal wsadzając
mnie już do celi na swoim prowincjonalnym posterunku, zreflektował
się jednak słuchając moich wyjaśnień. Po wnikliwej lustracji
mojego polskiego paszportu zaprosił mnie w końcu do siebie do
domu. Okazało się bowiem, iż potrafił trochę mówić łamaną gwarową
polszczyzną, a tak naprawdę nazywał się po prostu... Gienek
Nicpoń!!! Jego żona, Bernadette, okazała się delikatną – jak dla
prostego policjanta – istotą, a na dodatek przyczyniła się, jak
przystało na prawdziwą Francuzkę, do poprawy, choć na kilka dni,
mojej zaniedbanej już mocno diety kulinarnej.
Pętla kilkuletnich wojaży zamknęła się i to bezpowrotnie, kiedy
wysiadłem duchowo samiutki z pociągu relacji Berlin - Warszawa na
tak samo szarym jak przed laty Dworcu Gdańskim. Zdałem sobie
sprawę, iż oto właśnie moje dziecięce, a następnie młodzieńcze
marzenie ziściło się. Zrealizowałem wyśnioną kiedyś podróż dookoła
świata.
Pojawiło się jednak nagle niepokojące nieco pytanie: I co dalej?
Ale to już zupełnie inna historia, jak zwykł mawiać, a właściwie
pisać, Rudyard Kipling.
Ponieważ od wielu już lat różne osoby zadają mi pytanie, jak takie
przedsięwzięcie możliwe było do zrealizowania w tamtych czasach
przez taką osobę jak ja, dosyć przeciętnego materialnie, młodego
inteligenta z PRL, dlatego też uważam, że teraz należy się im
wszystkim odpowiedź z mojej strony.
Po pierwsze – wszelkie ograniczenia i napięcia czasowe w trakcie
podróży, jak również niewielkie wymagania odnośnie codziennego
ubioru i wyżywienia zredukowane zostały do niezbędnego minimum,
tzn. niemal nigdy nie dałem się „przyprzeć do muru” przy okazji
jakichś poważniejszych wydatków, korzystając szeroko z mojej
wielokrotnie potwierdzonej zasady „nie za wszelką cenę dziś”.
Materialne potrzeby pozostawały bowiem w hierarchii wartości
daleko w tyle za główną pasją poznawania świata w jego
geograficznych, cywilizacyjnych i duchowych aspektach.
Po drugie – nie wolno mi przemilczeć serdecznej gościnności
doznawanej ze strony wielu, często nawet bezimiennych, szczodrych,
pełnych zrozumienia i zainteresowania dla podróżnika z dalekiego
kraju, sympatycznych ludzi pod każdą właściwie szerokością
geograficzną.
Po trzecie – w trakcie moich podróży podejmowałem kilkakrotnie w
sposób dorywczy pracę zarobkową (Australia, Nowa Zelandia oraz
Tahiti) z myślą o regeneracji skromnych zasobów finansowych na
codzienne wydatki, a przede wszystkim zaś o wykupieniu,
indywidualnie skonstruowanego „mileage ticket” na trasie z Sydney
do Lizbony, który umożliwił mi zatrzymanie się w niemal 20
miejscach, bez jakiegokolwiek ograniczenia w czasie, a z którego w
efekcie miałem korzystać aż przez półtora roku!
Wreszcie podkreślić należy istotną podróżniczą umiejętność
organizowania sobie noclegów w najróżniejszych warunkach pod
każdym wyobrażalnym, a może właśnie niewyobrażalnym, względem: w
pociągach, autobusach, na statkach, w budynkach publicznych jak
szkoły, kluby, lotniska, dworce kolejowe, posterunki policji,
urzędy celne, czy obiekty służby zdrowia, w opuszczonych
domostwach czy hotelach, w pomieszczeniach przykościelnych,
misjach religijnych, klasztorach, domach pielgrzymkowych,
aszramach, kapliczkach przydomowych, a także w sklepikach, na
dachach i tarasach domów, chatach wiejskich i szałasach, nie
mówiąc już o noclegach „à la belle étoile”, jak np. w dżungli,
buszu, na plażach, czy po prostu gdzieś w trawie. Z namiotu raczej
nie korzystałem, a to z wrodzonego lenistwa. Może to już zahacza o
masochizm, ale co ja na to poradzę...
Ta niemal czteroletnia wyprawa nie zakończyła bynajmniej mojego
zainteresowania podróżami i światem jako takim. Wielokrotnie
podejmowałem jeszcze liczne, krótsze wojaże, w tym także
zamorskie, a na koniec wylądowałem służbowo wraz z żoną na ponad 5
lat na frapującym „skrzyżowaniu” Ameryki Południowej z Karaibami,
a mianowicie w Caracas (Wenezuela).
Tadeusz J. Sokołowski
|