|

----- Original Message -----
From: Basia Meder
To: narodowa@narodowa.pl
Sent: Thursday, June 10, 2004 8:54 PM
Subject: Re: Fw: Otwarcie galerii GA.PO
1. „W pustyni i w puszczy”, Solo wędrówka z plecakiem przez
Afrykę
2. “In Desert and Wilderness”,
my solo backpacking adventure around Africa
Basia Meder
2
marca 2002 roku, obładowana ogromnym plecakiem, rozpoczęłam
samotną wędrówkę po Afryce. Trwała ona 13 miesiecy. Odwiedziłam 20
krajów całego kontynentu. Był to początek mojego „cygańskiego
życia”. Moim domem stawały się miejsca czasowego postoju. Moją
rodziną stawali się nowo poznani ludzie. Wędrując, nie czułam się
samotna. Byłam częścią otaczającego mnie piękna, częścią przyrody
i częścią życia innych ludzi. Czułam się wolna. Czułam się
szczęśliwa. Moje życie było piękne i bogate.
Od wrzesnia 2001 byłam na wymarzonej wczesnej emeryturze, po
prawie 35 latach pracy w informatyce. Pragnęłam całkowicie zmienic
moje życie. Byłam gotowa pożegnać się ze swoim wygodnym domem w
Canberra w Australii oraz bezpieczeństwem życia wśród rodziny i
przyjaciół. Pozostałam niepoprawną marzycielką. Pomimo
„podeszłego” wieku kochałam przygodę i podróże oraz poznawanie i
wzbogacanie życia – swego i innych. Od dzieciństwa fotografia jest
moją pasją. Obserwując świat przez obiektyw uczyłam się tak wiele.
Po latach niepewności uwierzyłam w siebie. Zostawiając za sobą
rutynę codzienności rozpoczęłam wieloletni proces reewaluacji
własnych wartości i doświadczeń.
Niewątpliwie pasje podróżowania zawdzięczam swoim rodzicom, którzy
od wczesnego dzieciństwa rozwijali we mnie umiłowanie do książek i
pism podróżniczych. Rozwijali oni we mnie marzenia poznawania
świata. Jednocześnie, ojciec wtajemniczał mnie w tajniki
fotografii. Do czasu mojej afrykańskiej wyprawy, poznałam już
ponad 50 krajów Europy, Azji, Ameryki Południowej, Centralnej i
Północnej, Australii i Pacyfiku. W roku 1995-96 odbyłam roczną
samotną podróż z plecakiem dookoła świata.
Odkrycie fascynującego i niezwykle zróżnicowanego kontynentu
afrykańskiego było moim projektem emerytalnym. W ciągu 13 miesięcy
odwiedziłam RPA, Madagaskar, Lesotho, Swaziland, Mozambik,
Namibia, Botswana, Zimbabwe, Zambia, Malawi, Tanzania, Kenia,
Uganda, Rwanda, Etiopia, Egipt, Ghana, Togo, Burkina Faso oraz
Mali.
Często
słyszę pytanie: „Nie bałaś się?” Oczywiście, że się bałam. Nie
powstrzymywało mnie to jednak przed wyruszeniem w tę podróż mego
życia. Przygotowując się starannie, zostawiając jednocześnie
miejsce na zmiany w moich planach wyprawy, starałam się
zminimalizować ryzyko. Moja trasa wiodła od południa Afryki na
północ, potem na zachód. Większość jej przejechałam drogą lądową,
lokalnymi środkami komunikacji: samochodem terenowym, autobusem,
mini-busem, ciężarówką, pociągiem, łodzią, konno, na wielbłądzie,
żaglówką i Bóg wie czym jeszcze.
Afryka od wieków fascynuje, zachwyca, przeraża i pobudza
wyobraźnię ludzi na całym świecie. Moją również. Mieszka tu jedna
czwarta ludności globu ziemskiego. Ponad 50 krajów, których
granice wytyczone zostały głównie przez kolonizatorów, zamieszkuje
tysiące grup kulturowych, językowych i religijnych. Krajobraz
natury kontynentu jest również ogromnie zróżnicowany.
Rozległe, często tajemnicze, puszcze tropikalne znajdują się
głównie wokół równika. Wśród nich, w górach Rwandy, z odległości
zaledwie dwóch metrów, podpatrywałam kudłate, ginące, ogromne
goryle górskie. W puszczy Ugandy tropiłam szympanse. Na
Madagaskarze, śledziłam płochliwe lemury, jednocześnie walcząc z
setkami drobnych pijawek, błyskawicznie wpełzających na moje buty.
Moja kurtka deszczowa była bardzo przydatna w pełnych wilgoci
lasach. Większość tropikalnych puszczy Afryki jest niestety bardzo
trudno dostępna ze wzgledu na niebezpieczne sytuacje polityczne
tych regionów.
Pustynie,
często kojarzące się z całą Afryką, to tylko część tego
kontynentu. „Och, tam dopiero musiało być gorąco!” – słyszałam.
Nie zawsze. Na Pustyni Namib w Namibii byłam w czasie pory suchej,
zimowej. Wspinałam się po 300-metrowych stromych, czerwonych
wydmach, aby z dziecięcą radością zjeżdzać w dół stromymi stokami.
Pobrzeże Pustyni Kalahari to rozległa równina, porośnięta złotawą
trawą oraz pojedyńczymi drzewami z zawieszonymi setkami ptasich
gniazd.
Północ Afryki to tysiące kilometrów pustynnej Sahary. W Egipcie,
jadąc kilka godzin samochodem, mijałam tysiące piaszczystych wydm
kamiennych, czarnawych gór, przypominających hałdy fabryczne. Z
niedowierzaniem i oczarowaniem stałam przed wysoką Górą
Kryształową, o której czytałam w bajkach z dzieciństwa. Patrząc na
białe i żółtawe formy skalne grzybków, stożków i innych
fantazyjnych kształtów pustyni wpadałam w zadumę. „Czy to bajka,
czy zjawa?”. „Czy młody Beduin obok mnie w kraciasto
czerwonym-białym turbanie to książę?”. Ja dla niego byłam też
zagadką. „Dlaczego ty nie masz domu, włóczysz się samotnie po
świecie?” – Pytał. „Zostań moją żoną, ja wybuduje dla Ciebie dom,
zaopiekuje się tobą!”.
Głównym
transportem na Saharze w Mali był i jest wiełbłąd. Siedząc na jego
grzbiecie, przez parę dni miałam towarzystwo uśmiechniętego
Tuarega, owiniętego w niebieskie szaty z turbanen na głowie.
Skromne, proste wiejskie chaty wyrastały nagle wśród tysięcy
mijanych piaszczystych wydm. Tutaj, w marcu, było gorąco. Powyżej
40 stopni C. W środku dnia, ja i mój przewodnik, podobnie jak i
mieszkańcy wiosek, leżeliśmy ospale na matach na piasku, w cieniu
jednej z chat. Ale w nocy, leżąc na macie, na piasku, cieszyłam
się ciepłem śpiwora i milionem gwiazd nade mną.
Całkowitym kontrastem były góry. „Śnieg w Afryce?” – z
niedowierzaniem wciąż mnie zapytują. Otóż tak. Do dramatycznych
Gór Smoczych (Drakensberg) w RPA oraz wysokich ale łagodnie
ukształtowanych Gór Maluti w Lesotho dotarłam w czerwcu, czyli na
początku tutejszej zimy. Rzeki i wodospady na wysokości powyżej 2
tysięcy metrów zamarzały szybko. Wierzchołki szczytów bieliły się
od pierwszych opadów śniegu. Z radością wyciągnęłam z plecaka
ciepłą czapkę, rękawiczki i zimowe ubrania. Samochód terenowy bez
problemów pokonywał świeżo ośnieżoną drogę. Trudniej było
autobusom, które czasem cudem unikały stoczenia się w przepaść.
Mnie jako pasażerce włosy stawały dęba z przerażenia.
Góry Simiena w Etiopii zaskoczyły mnie pięknem
granatowo-niebieskich pasm górskich, słupami okwieconych lobelii i
wielkimi stadami pawianów gelada z rozświetlonymi w słońcu
grzywami. Z podziwem patrzyłam na życie odległych wiosek górskich.
Na wysokości 3 tysięcy metrów, w styczniu, temperatury w nocy
spadają poniżej zera. Pobliski potok otoczony był dekoracyjnymi
soplami lodu a ściany namiotu też były oblodzone. W dzień, wysokie
trawy lśnily złociście w słońcu.
W Tanzanii, u podnóża ośnieżonej góry Kilimandżaro, najwyższego
szczytu Afryki, krążyłam wśród wiosek ukrytych w tropikalnej
zieleni z ogrodami wysokich bananowców. „Na zdrowie, za tych, co
na górze!” – Wznosiłam radosny toast ze swoim przewodnikiem,
popijajac lokalną specjalność – lekkie piwo bananowe. Góry
Madagaskaru z tropikalnymi opadami wzbudzały we mnie podziw dla
mistrzowskiej jazdy kierowców mini-busów, pokonujących wysokie
gliniaste koleiny. Na drogach górskich w Zambii i Zimbabwe z
przerażeniem odwracałam głowę, widząc na stokach cmentarzyska
setek rozbitych samochodów, głównie ciężarowych.
„A co z wodą? Co piłaś?”. Afryka kojarzy się często z suszą,
zarazą i biedą. Ja nie miałam kłopotu. Zawsze znalazłam dostęp do
wody pitnej lub w ostateczności używałam tabletki oczyszczające.
Nie mniej jest dla mnie jasne, że problemem numer jeden kontynentu
afrykańskiego jest - WODA! Dostęp mieszkańców do wody pitnej
często jest ograniczony. To co widziałam w wioskach Zambii
poruszyło mnie do głębi. Od kilkudziesięciu lat do Afryki wpływają
miliardy dolarów pomocy miedzynarodowej. „Gdzie one się
podziewają?” – Pytałam wielokrotnie sama siebie. „Czy okrucieństwo
ludzi czerpiących zyski z biedoty nie zna granic?” To pytanie
zadawałam sobie stale i dotąd tkwi ono we mnie. Regiony Afryki,
położone w pobliżu życiodajnych rzek są w znacznie lepszej
sytuacji. Dotarłam do potężnych rzek Afryki – Nilu w Egipcie,
Ugandzie i Etiopii oraz Nigru w Mali. Pływałam na nich wpław i na
tradycyjnych łodziach. Obserwowałam brzegi rzek, oazy zieleni i
życia ludzi.
We
wschodniej Afryce wędrowałam wzdłuż pasma ogromnych jezior, czasem
o dlugości setek kilometrów i głębokości setek metrów. W Malawi,
siedząc na brzegu wyspy Likoma na jeziorze Malawi, miałam
wrażenie, że jestem otoczona oceanem. Przejrzysta, kryształowa
woda nie była jednak słona. Mieszkańcy tej wyspy nie mieli kłopotu
z wodą. Kobiety, często z malutkimi dziećmi na plecach, cierpliwie
dźwigały na głowie napełnione wiadra i miski. Głównym posiłkiem są
tu oczywiście ryby. Rybołóstwo jest od wieków powszechne wzdłuż
całego wybrzeża Afryki jak i na jeziorach. Ślinka mi leci na
wspomnienie krabów, małży, krewetek, ryb i innych smakołyków
wodnych, którymi objadałam się, szczególnie w Mozambiku, RPA,
Malawi i Ghanie.
Opowiadając o Afryce nie sposób ominąć dzikich zwierząt, często
unikalnych na świecie. „O lew, lew!” – wołałam podekscytowana jak
dziecko, w czasie safari w Parku Narodowym Etosha w Namibii. Dwa
lwy czaiły się do zaatakowania młodej żyrafy. Pomimo, że takie
jest prawo natury mnie ulżyło, gdy ten atak się nie udał. W Kenii,
w Parku Narodowym Masai Mara, widziałam sytego lwa dojadającego
resztki zebry. „Może to ta sama zebra, którą fotografowałam
poprzedniego dnia?”
Na Madagaskarze obserwowałam wiele gatunków lemurów; w Namibii -
kilkanaście gatunków antylop, zebry, żyrafy, lwy i masę innych
zwierząt, w Botswanie – wielkie stada słoni, hipopotamów oraz
innych zwierząt wodnych, w Zimbabwe – nosorożce, w Kenii –
większość zwierząt afrykańskich oraz tysiące flamingów i
pelikanów, w Rwandzie – goryle górskie, w Ugandzie – szympansy, w
Etiopii – pawiany-gelada. Nic więc dziwnego, że w Namibii
zakupiłam dwie, ponad dwumetrowe żyrafy, wprawdzie drewniane, jako
prezent dla moich wnuków w Australii.
Do wielkiego bogactwa przyrody w Afryce dochodzą wielkie złoża
zasobów naturalnych oraz szlachetnych i połszlachetnych kamieni.
„Kto by nie chciał chodzić po plaży i zbierać diamenty!?” Tak,
można je w ten sposób znaleść w Namibii, ale nie ma co marzyć o
dostępie do wybrzeża. Jest mocno strzeżone. Łatwo jest tam, bez
ostrzeżenia, dostać kulkę w głowę. Ogromne kopalnie złota w RPA i
innych krajach oraz kopalnie innych kamieni szlachetnych i
półszlachetnych też są pilnie strzeżone. Za to liczne sklepy
wypełnione są już obrobionymi surowcami.
Żelazo,
miedź, ropa, gaz – to dalsze surowce naturalne przynoszące ogromne
dochody bogatym, najczęściej białym właścicielom. „Kiedy bogactwo
naturalne Afryki wzbogaci wszystkich Afrykańczyków, nie tylko tych
skorumpowanych i białych?” – To moja kolejna refleksja po
13-miesiecznej wędrówce. Afryka, w moim przekonaniu, jest jakby
wielkim skarbcem strzeżonym przez nielicznych, którzy czerpią z
tego ogromne zyski od niepamiętnych czasów lub nowobogackich,
współczesnych polityków.
Poznawanie przyrody Afryki było fantastyczne. Ale największą
fascynującą wartością mojej podróży były spotkania z ludzmi.
Przemieszczając się prostymi, lokalnymi środkami transportu byłam
blisko życia miejscowych, zwykle biednych ludzi. Życie w odległych
wioskach wszystkich krajów Afryki często nie uległo zmianie od
setek lat. Kontrastem są niektóre miasta Afryki, wielkie
metropolie jak Cairo i Cape Town, gdzie prywatne rezydencje należą
do jednych z najbogatszych ludzi świata.
„Dzien dobry, witajcie, jak się masz” – te podstawowe słowa w
lokalnych językach, poparte uśmiechem, otwierały mi serca ludzi.
Niemalże natychmiast wywoływały one przyjacielski uśmiech.
Posługiwałam się również językiem angielskim, nieraz spotykając
młodych ludzi władających kilkoma jezykami, np. lokalnym,
angielskim i francuskim. Wtedy korzystałam z ich pomocy jako
przewodników. Byłam gościem w wielu domach, miejskich lub
tradycyjnych chatach. Obserwowałam życie, często z wielowiekowymi
tradycjami i zwyczajami. Większość odizolowanych wiosek żyło bez
elektryczności oraz z minimalnym wpływem świata zewnętrznego,
europejskiego.
Patrząc na moje zdjęcia z Afryki widać zwykle ludzi prostych,
naturalnych i uśmiechniętych, wręcz radosnych. Spotkałam ludzi
dumnych i pełnych godności oraz czułam ich przynalezność
kulturową. Nie mając wiele czasu na konwencjonalne kontakty
nawiązywałam znajomość instyktownie i szybko. Obserwacja
codziennego życia zarówno w prywatnych domach jak i w miejscach
publicznych fascynowała mnie. Ja także często budziłam ich
ciekawość i zainteresowanie. Byłam włączana do rodzin. Bawiłam się
z dziećmi, czasem wołającymi na mnie – babcia. Wtedy myśli moje
wracały do Australii, do moich wnuków.
Nieraz
tańczyłam z kobietami, gotowałam lub włączałam się w ich codzienne
zajęcia. Pracowałam w polu z meżczyznami. Jadłam, najczęściej
rękoma, z jednej miski. Potrawy były zróżnicowane w zależności od
lokalnych upraw i środowiska. W większości w Afryce dominuje
kukurydza lub ryż. W krajach tropikalnych podstawą wyżywienia są
gotowane banany, w smaku zbliżone do ziemniaków. Wyjątek stanowiła
„injira” w Etiopii, wielki placek, jak naleśnik. Mięsa jada się
bardzo rzadko, najczęściej na specjalne większe okazje i święta.
Wydawało by się, że w tamtejszych klimatach powinien być ogrom
owoców. Tak, było ich dużo. Jadłam słodką guawe, soczyste
pomarańcze, mango, słodkie banany i wiele innych owoców. Ale
lokalna ludność często nie może sobie na nie pozwolić. Aby zdobyć
nieco dodatkowych pieniędzy często sprzedaje się niedojrzałe,
jeszcze zielone pomarańcze lub inne owoce. W wielu krajach piłam
lokalne lekkie piwa zrobione z sorgo, bananów lub zboża. Pije się
je w naczyniach z tykwy. „Na zdrowie!” – Wznosiłam toast,
wywołując dalsze uśmiechy.
Specjalnymi dla mnie wydarzeniami było uczestniczenie w wielkich
lokalnych tradycyjnych uroczystościach. „Taniec Trzcin” (Reed
Dance) w Swazilandzie był tanecznym pochodem kilku tysięcy kobiet.
Przybrane czerwieniącymi się materiałami niosły one wiązki 4-5
metrowych trzcin. Był to dar dla matki króla, przeznaczony do
corocznej naprawy dachów tradycyjnych zabudowań królewskich.
Ziemia dudniła pod bosymi stopami kobiet, wybijających rytm ze
spontaniczną radością.
Całkowicie inna atmosfera panowała na obchodach Dnia Herero (Herero
Day) w Namibii. Mężczyźni na koniach prowadzili długi pochód do
grobowców ich bohaterów narodowych. Za nimi, ubrani w garnitury,
szli najwyższi dostojnicy plemion Herero. Dalej, w długich
kolorowych i bufiastych sukniach sunęły wysokie kobiety. Na głowie
miały wielobarwne rożkowate turbany! – wpływy misjonarzy
niemieckich. Pochód zamykała grupa lokalnych mieszkańców. Panująca
wielka cisza budziła szacunek wśród widzów.
W Etiopii, w starej stolicy Gondar, przeżywałam wraz z tysięcznymi
tłumami festiwal kościoła ortodoksyjnego - Timkat. W ten dzień
członkowie rodzin łączyli się razem, nieraz jadąc autobusami wiele
godzin z oddalonych miejscowości. Glówną uroczystością był
wielotysięczny pochód. Sunął bardzo powoli ulicami miasta, przy
potężnych dźwiękach dudniących ogromnych bębnów, przy głośnych
zaśpiewkach (chanting), przy pełnych radości grupkach
klaszczących, roześmianych i roztańczonych jakby w ekstazie. Pod
osłoną wielobarwnych parasoli, szła grupa najwyższych dostojników
kościoła ortodoksyjnego. Wielowiekowe krzyże koptyjskie błyszczały
w slońcu. Było to wielkie święto radości i zjednania się całego
społeczeństwa.
Afryka ogromnie wzbogaciła moje życie. Bardzo urosło grono moich
przyjaciół i przybranych rodzin. Ludzie Afryki nauczyli mnie tak
dużo. Ja też dałam też coś w zamian. Czułam, że moja obecność i
osobowość wpłynęła na innych. Poznawałam ich tradycje jakże różne
od życia europejskiego, nie próbując narzucać moich wartości i
zwyczajów. Po 13-miesięcznej wędrówce, po odwiedzenu 20 krajów
ogromnego kontynentu Afryki, po otarciu się o setki wielowiekowych
kultur, wracam teraz do wspomnień. Wspominam jak leżąc na krawędzi
grzmiącego Wodospadu Wiktorii w Zambii, otoczona bajecznie barwną
tęczą, marzyłam o lepszym życiu i szczęściu dla wszystkich ludzi
na całym świecie.
Jako
kobieta, wędrując samotnie z plecakiem, też miałam inne
obserwacje. W większości moje siwe włosy wzbudzały szacunek.
Niemniej we wschodniej i zachodniej Afryce zaszokowana byłam
„zainteresowaniem męskim”, szczególnie wśród dwudziestolatków.
Dość szybko zrozumiałam jednak, że główną rolę ma tutaj
wyobraźnia. Od lat, biała kobieta była w Afryce symbolem pieniędzy
i potencjalnym żródłem polepszenia statusu ekonomicznego. Dziwne
było tylko dla mnie, że wiele starszych białych kobiet ulegało tej
próżnej pokusie, wchodząc w związki z tak odmiennymi młodymi
ludźmi, często robiąc im wiele krzywdy. No, ale Egipcjanie
zaskoczyli mnie najbardziej. Wielokrotnie słyszałam – „Och, jaka
ty jesteś piękna! Jak Kleopatra! O nie, oczy masz piękniejsze!”
Sadzę, że jeśli któraś z kobiet ma kompleks brzydoty mogłaby
pojechać „na leczenie” do Egiptu. Tylko czasem, jak i ja, powinny
spojrzeć w lustro, aby całkowicie nie ulec czarującym mężczyznom.
I tak, 3 kwietnia 2003, opuszczałam w pośpiechu Afryke Zachodnią.
Byłam zdruzgotana brutalnym atakiem, jaki przeżyłam w Mali. Byłam
jednak szczęśliwa, że niemalże cudem wyszłam z życiem i bez
trwałych skutków tego napadu. Pewnie mój Anioł Stróż, który czuwał
nade mną w czasie całej podróży „zagapił” się na moment. Na
szczęście ocknął się na czas. Od początku byłam świadoma ryzyka
związanego z samotną podróżą po Afryce. Za każdą pasje jest cena.
Starałam się zminimalizować to ryzyko. Byłam przygotowana, wiele
przeczytałam o Afryce; byłam ostrożna. Napad, którego byłam ofiarą
mógł się zdarzyć wszędzie na świecie.
W mojej pamięci pozostały tysiące ludzi z Afryki, często prostych,
ubogich w znaczeniu ekonomicznym. Jakże jednak byli oni bogaci i
godni w swoim naturalnym człowieczeństwie, jak dużo mi dali. I
takich Afrykańczyków będę wspominać. 397 dni przeżytych w Afryce,
pełnych niezwykłych doświadczeń i obserwacji, zarejestrowanych na
fotografiach i na papierze stanowi wspaniałą cześć mojego życia,
mojej „cygańskiej” przygody. Wierzę, że pewnego dnia wrócę do
Afryki, do ludzi, którzy stali mi się tak bliscy, do kontynentu
który zafascynował mnie jeszcze bardziej.
Listopad 2003
“In Desert and Wilderness”,
my solo backpacking adventure around Africa
Basia Meder
Translated from Polish language by Anna Wielopolski-Meysztowicz
On 2 March 2002, laden with my heavy backpack, I began my solo
tour of Africa. It lasted 13 months. I visited 20 countries over
the entire continent. This was the beginning of my “gipsy life”.
Temporary shelters became my home. My family were newly met people.
I did not feel lonely wandering around Africa. I was part of the
beauty that surrounded me, part of nature and part of other
people’s lives. I was happy. My life was rich and beautiful.
From September 2001 I was finally, and happily, retired after
almost 35 years of work in information technology. I wished to
change my life dramatically. I was ready to farewell my
comfortable Canberra home and the safety of life among friends and
family. I became an incorrigible dreamer. Despite my “ripe” age I
loved adventure and travels, as well as getting to know and enrich
my own life and the lives of others. Photography has been my
passion since childhood. Observing the world through the lens I
have learnt so much. After years of uncertainty I began to believe
in myself. Leaving behind the routine of everyday life, I began
the long-term process of revaluating my own values and experience.
Undoubtedly I owe my passion for travel to my parents who, from my
early childhood, developed in me a love of travel books and
magazines. They encouraged me to dream about getting to know the
world. At the same time, my father let me in on the secrets of
photography. Up until my African journey, I’d already visited over
50 countries in Europe, Asia, South, Central and North America,
Australia and the Pacific. In 1995-1996 I travelled solo with a
backpack around the world.
Discovering the fascinating and unusually diverse African
continent was my retirement project. Within 13 months I visited
South Africa, Madagascar, Lesotho, Swaziland, Mozambique, Namibia,
Botswana, Zimbabwe, Zambia, Malawi, Tanzania, Kenya, Uganda,
Rwanda, Ethiopia, Egypt, Ghana, Togo, Burkina Faso and Mali.
I am often asked: “Weren’t you scared?” Of course I was. However,
this didn’t stop me from starting on the adventure of my life. I
prepared carefully, leaving room for changes in my plans; I tried
to minimise the risk. My trail led from the south of Africa,
northwards, and then to the west. I travelled mostly on land,
using local modes of transport: four-wheel drive car, bus,
mini-bus, truck, train, boat, horse, camel, sailboat and God knows
what else.
Africa has for centuries fascinated, terrorised and stimulated the
imaginations of people all over the world. Mine as well. One
quarter of the world’s population lives there. In over 50
countries, the boundaries of which have been set mainly by
colonisers, there are thousands of cultural, language and
religious groups. The continent’s natural landscape is also
greatly diverse.
Sprawling, often secretive, tropical jungles are located mostly
around the equator. Among them, in the mountains of Rwanda, from a
distance of about two metres, I spied on the enormous shaggy
mountain gorillas that are becoming extinct. In the Ugandan jungle
I “hunted” chimpanzees. In Madagascar I followed timid lemurs,
simultaneously fighting off hundreds of tiny leeches that crept
into my shoes. My raincoat was very useful in the overly dense
forests. Most of Africa’s tropical jungles are, unfortunately,
very difficult to reach due to the dangerous political situation
in the regions.
Deserts, which are often associated with all of Africa, form only
part of the continent. “Geez, it must be really hot there!” I’ve
heard people say. Not always. I visited the Namib Desert in
Namibia during the dry, winter season. I climbed 300-metre-high,
steep, red dunes to slide back down the slopes with childish
delight. The edge of the Kalahari Desert is a sprawling plain
covered in yellowish grass and single trees overhung with hundreds
of bird nests.
North Africa is thousands of kilometres of Sahara Dessert. Driving
for several hours in Egypt I passed thousands of stony dunes,
blackish mountains reminiscent of factory dumps. With disbelief
and fascination I stood before Crystal Mountain, which I’d read
stories about as a child. Looking at the white and yellow rock
formations shaped like mushrooms, cones and other fantastic forms
I was fascinated. “Is this a story or a spectre?” “Is the young
Bedouin next to me, wearing the read and white checked turban, a
prince?” I was also a mystery to him. “Why don’t you have a house
and why are you wandering around the world by yourself?” he asked.
“Marry me, I will build you a house and look after you!”
The main mode of transportation in the Sahara in Mali was and is
the camel. Sitting on its back, for a few days I was accompanied
by a smiling Tuareg wrapped in blue robes and wearing a turban.
Modest, simple country huts rose suddenly among thousands of the
sandy dunes we passed. Here, in March, it was hot. Over 40 degrees
Celsius. In the middle of the day my guide and I, like the village
inhabitants, snoozed on mats, on the sand in the shade of one of
the huts. But at night, lying on my mat, on the sand, I was happy
with the warmth of my sleeping bag and the millions of stars above
me.
The mountains were a complete contrast. “Snow in Africa?” people
keep asking me in disbelief. Well, yes. I reached the dramatic
Drakensberg Mountains in South Africa and the high but gently
slopped Maluti Mountains in Lesotho in June, at the beginning of
their winter. Rivers and waterfalls located at an altitude of over
2,000 metres froze quickly. The mountain peaks were white from the
first snowfalls. I pulled my warm hat, gloves and winter clothes
out of my backpack happily. The four-wheel drive cars had no
problems on the snow-covered road. This was harder for buses or
trucks, which sometimes disappeared as if by a miracle, down the
cliffs. Bus rides were sometimes a hair-raising experience for me
as a passenger.
The Simien Mountains in Ethiopia shocked me with the beauty of
navy-blue mountain ranges, columns of blooming lobelias and great
herds of gelada baboons whose manes glistened in the sun. I
observed the lifestyles of the mountain villages with wonder. At
an altitude of 3,000 metres, in January, the temperatures dropped
below zero at night. The nearby stream was framed by decorative
icicles and the walls of my tent were also covered in ice. During
the day, tall grasses glistened gold in the sun.
In Tanzania, at the foot of Mt. Kilimanjaro, the highest peak in
Africa, I wandered through villages hidden in tropical greenery
with gardens of tall banana plants. “For those who live in the
mountains!” I drank a toast with my guide – the local specialty of
light banana beer. The mountains of Madagascar with their tropical
downpours made me admire the expert driving skills of mini-bus
drivers battling the tall, clayey tracks. I turned away in horror
on the mountain roads in Zambia and Zimbabwe seeing graveyards of
hundreds of smashed cars, mainly trucks, on the mountainside.
“What about water? What did you drink?” Africa is often associated
with drought, disease and poverty. I didn’t have any problems. I
could always find access to drinking water or, as a last resort,
I’d use water-purifying tablets. However, it is clear to me that
the number one problem of the African continent is – WATER! Access
to drinking water is often limited for Africans. What I saw in the
villages of Zambia moved me deeply. For decades now Africa has
been receiving billions of dollars from international aid. “What
happens to those dollars?” I often asked myself. “Does to cruelty
of people cashing in on poverty know no boundaries?” This is a
question I asked myself endlessly and it is a question that has
yet to be answered. African regions located close to life-giving
rivers are in a much better situation. I reached the mighty rivers
of Africa – the Nile in Egypt, Uganda and Ethiopia and the Niger
in Mali. I swam across them and crossed them in traditional boats.
I observed the riverbanks, oases of green, and diverse lives of
people who live there.
In eastern Africa I wandered along the range of enormous lakes,
sometimes up to hundreds of kilometres long and hundreds of metres
deep. In Malawi, sitting on the shore of the island of Likoma at
the lake Malawi, I felt as if I was surrounded by ocean. However,
the clear, crystal water was not salty. The inhabitants of this
island had no trouble with water. Women, often carrying small
children on their backs, patiently lugged full bowls or buckets on
their heads. The main meal here is fish. Fishing has for centuries
prevailed along the entire coast of Africa, as at the lakes. My
mouth waters at the memory of crabs, mussels, prawns, fish and
other seafood delicacies I stuffed myself with, especially in
Mozambique, South Africa, Malawi and Ghana.
When talking about Africa it is not possible to leave out the wild
animals, which are often unique. “Oh, lion, lion!” I called out
like an excited child during the safari in Etosha National Park in
Namibia. Two lions crept to attack a young giraffe. Despite that
being the law of nature, I was relieved when this attempted attack
failed. In Kenya, in Masai Mara National Park, I saw a well-fed
lion eating up the remains of a zebra. “Maybe that’s the same
zebra I photographed yesterday?”
In Madagascar I observed many types of lemurs; in Namibia – a
dozen or so types of antelopes, zebras, giraffes, lions and masses
of other animals, in Botswana – great herds of elephants, hippos
and other water animals, in Zimbabwe – rhinos, in Kenya – most
African animals as well as thousands of flamingos and pelicans, in
Rwanda – mountain gorillas, in Uganda – chimpanzees, in Ethiopia –
gelada baboons. No wonder then, that I bought two, over two-metre
tall giraffes in Namibia (although made of wood) as a gift for my
grandsons in Australia.
The great wealth of nature in Africa is further enriched by
extensive deposits of natural resources and precious and
semi-precious stones. “Who wouldn’t want to stroll along the beach
picking up diamonds?!” That’s how you can find them in Namibia but
don’t even dream of accessing the seashore. It’s heavily guarded.
It’s easy to get a bullet through the head there without any
warning. The enormous gold mines in South Africa and other
countries and mines of other precious and semi-precious stones are
also closely guarded. But many shops are filled with already
treated raw materials.
Iron, copper, oil, gas – these are other natural raw materials
bringing great profits to the rich, mostly white owners. “When
will Africa’s natural wealth enrich all Africans, not just those
who are white and corrupted?” This is another of my reflections
after my 13-month trip. Africa, in my opinion, is like a great
treasure-chest guarded by very few, who have been reaping great
benefits from this from long-since-forgotten times, or the nouveau
riche contemporary politicians.
Getting to know African nature was fantastic, but the most
fascinating and valuable aspect of my trip was meeting people.
Travelling using simple, local modes of transport I was close to
the lives of local, usually poor people. Life in far-off villages
of all African countries had often remained unchanged for hundreds
of years. Some African cities are a contrast, great metropolis
such as Cairo and Cape Town, where there are private residences
belonging to some of the world’s wealthiest people.
“Hello, greetings, how are you?” These basic words in local
languages, supported with a smile, opened people’s hearts to me.
They would almost immediately evoke a friendly smile. I also used
English, often meeting young people who spoke several languages,
e.g. their local language, English and French. I then used their
help as guides. I was a guest in many homes, both in the city and
traditional huts. I observed the lifestyles, often with
centuries-old traditions and customs. Most isolated villages lived
without electricity and with the minimal influence of the external,
European world.
Looking at my photos from Africa, you can see unusually simple,
natural and smiling, even joyful people. I met people who were
proud and full of dignity and I felt their cultural ties. Without
much time for conventional contacts, I made friends instinctively
and quickly. It fascinated me to observe the everyday life in
private homes as well as public places. I also often aroused their
curiosity and interest. I was included in families. I played with
children, who sometimes called me grandma. Then my thoughts would
take me back to Australia, to my grandsons.
I often danced with women, cooked or took part in their daily
activities. I worked in the fields with the men. I mostly ate with
my hands, from one bowl. The meals were diverse depending on local
crops and the environment. Corn or rice dominates most of Africa.
The basic food in tropical countries consists of cooked bananas,
similar in taste to potatoes. An exception was injira in Ethiopia
– a large, flat type of pancake. Meat is eaten very rarely, mostly
on special occasions and holidays.
It would seem that, in those climates, there should be plenty of
fruit. There was plenty. I ate sweet guava, juicy oranges, mangos,
sweet bananas and many other types of fruit. But the locals often
could not afford it. In order to make any additional money, people
often sell unripe, still-green oranges or other fruit. In many
countries I drank the light local beers made from sorghum, bananas
or grain. These beers are drunk from dishes made of gourd.
“Bottoms up!” I raised a toast, evoking more laughter.
Special events for me were participating in large, local
celebrations. The Reed Dance in Swaziland was a dancing parade of
several thousand women. Draped in reddish materials, they carried
bunches of four-five-metre-high reeds. This was a gift for the
king’s mother, allotted to the annual repair of roofs of the
traditional royal buildings. The ground rumbled under the women’s
bare feet, stomping rhythms with spontaneous joy.
Herero Day in Namibia had a completely different atmosphere. Men
on horseback led a long parade to the tombs of their national
heroes. Following them, wearing suits, were the highest-ranking
dignitaries of the Herero tribes. Later, wearing long, puffy,
colourful dresses, came the tall women. On their heads they wore
multicoloured, horned turbans! An influence of the German
missionaries. The parade was closed by a group of locals. The
reigning silence evoked the respect of the spectators.
In Ethiopia, in the old capital of Gondar, I, together with a
crowd of thousands, experienced the festival of the Orthodox
Church – Timkat. On this day family members united, sometimes
travelling by bus for hours from far-off places. The main part of
the celebration was a thousands-strong parade. It moved very
slowly along the city streets to the thunder of enormous drums,
with loud chanting and exhilarated groups of people who clapped,
laughed and danced as if in ecstasy. Under the shade of
multicoloured umbrellas strolled a group of the highest
dignitaries of the Orthodox Church. Centuries-old Coptic crosses
shone in the sun. This was a great festival of joy and unification
of the whole society.
Africa has enriched my life enormously. My circle of friends and
adopted family members has grown extensively. African people
taught me so much. And I also gave something in return. I felt
that my presence and personality influenced others. I was getting
to know their traditions that were so different from European life,
not trying to impose my values and customs. Following my 13-month
journey, after having visited 20 countries of the enormous African
continent, having come close to hundreds of centuries-old cultures,
I now turn back to my memories. I remember how, lying at the edge
of the thundering Victoria Falls in Zambia, surrounded by a
splendidly colourful rainbow, I dreamt of a better life and
happiness for the people of this world.
As a woman, wandering alone with a backpack, I also had other
observations. Mostly, my grey hair evoked respect. However, in
eastern and western Africa I was “an object of interest” for men,
especially twenty-something-year-olds. However, I came to realise
quite quickly that the main role here is played by the imagination.
In Africa, the white woman has for years been a symbol of money
and a potential source for improving one’s economical status. What
was strange to me was that many older white women succumbed to
this vain temptation and got involved with such different, young
men, often doing them a lot of harm. But Egyptians shocked me the
most. I often heard – “Oh, aren’t you beautiful! Like Cleopatra!
No, your eyes are much prettier!” I think that any woman with a
complex about her looks could go to Egypt for “treatment”.
Although sometimes, like me too, they should look in the mirror,
so as not to completely give in to these charmers.
And so, on 3 April 2003, I left western Africa in a hurry. I was
shaken by a brutal attack I survived in Mali. I was lucky, however,
that I escaped, almost by a miracle, with my life and without any
long-term consequences. My Guardian Angel, who had looked after me
for the whole trip, probably nodded off for a moment there.
Luckily, he awoke in time. From the beginning I was aware of the
risk associated with a solo trip around Africa – every passion has
its price. I tried to minimise this risk. I was prepared, I had
read a lot about Africa; I was careful. The attack that I was a
victim of could have taken place anywhere on earth.
In my memories there are thousands of Africans, often simple and
poor in the economical sense. Though how rich and dignified they
were in their humanity, how much they gave me! And these are the
Africans I will remember. Three hundred and ninety seven days
lived in Africa, full of extraordinary experiences and
observations, registered on photographs and paper, are a wonderful
part of my life, my “gipsy” adventure. I believe that some day I
will return to Africa, to the people who became so close to me, to
the continent that fascinates me even more now.
November 2003
|